piątek, 30 września 2011

Gorące źródła i mango cza-cza

Dzisiaj byłam w Beitou - dzielnicy Tajpej znanej z gorących źródeł. Na Tajwanie, jak i innych krajach tego regionu jest ich dużo - związane jest to z położeniem geograficznym, dokładniej wyjaśniłby Wam zapewne DG (wiedzą Ci, co kończyli III liceum ;-).


Zwiedzanie zaczęliśmy od miejscowego muzeum. Ma nietypową jak na tutaj architekturę, podobno japońską. W muzeum, jak na Białorusi, należy założyć kapcie.



Muzeum jest w budynku byłej publicznej łaźni.



A samo miejsce jest znane z występowania jakiegoś magicznego kamienia - hokutolitu (po raz kolejny coś dla DGiego).


Obok muzeum było źródło - woda jak w zupie.



A takie klapeczki sprzedawali przy wyjściu, podobno lecznicze (?).

(polecam przyjrzenie się metce)

Cała okolica jest pełna drogich hoteli z prywatnymi źródłami. My zdecydowaliśmy się na publiczne źródła - 2 zł za wejście. Niestety nie można było robić zdjęć:( Były 3 baseny i sami autochtoni. W pierwszym - najzimniejszym, siedziało się jak w zupie, wytrzymałam z 10 minut. W drugim, cieplejszym, dało się posiedzieć z minutę, w trzecim zamoczyłam nogę - wrzątek. A ludzie tam siedzieli zamoczeni po szyję.

Nie wiem też, jaka jest zabawa z siedzenia w gorących źródłach latem, ale tutaj podobno tak się robi.

Po kąpieli pojechaliśmy w okolice Taipei 101 i zaczęła się ulewa. Taipei 101 wyglądało tak:


Poszliśmy do 'Mango cha-cha', restauracji, gdzie wszystko jest z mango.


Był tam przemiły właściciel, którego życiem jest mango. Naprawdę. Opowiadał, jakie to jest zdrowe, daje nam siłę i ile ma witamin. Spróbowałam też piwa z mango (za słodkie, jak nie piwo) i jakiegoś mangowego likieru. A zjadłam to:



To w środku to lód z brązowym cukrem. Mmm, mango.
A teraz Tajpej spływa deszczem.

3 komentarze:

  1. Siostro, jestem dumna :D I ciaper budu o wiele bardziej "na bieżąco" niż jak Ty była u kraju:)Pazdraulajem z Madźwadziou:)

    OdpowiedzUsuń
  2. A w tych kapciach w muzeum grzyba nie ma?

    OdpowiedzUsuń