19 godzin w podróży i dwie przesiadki sprawiły, że Tajwan
pierwszego dnia wyglądał strasznie.
Jak wysiadłam w Hongkongu przy wyjściu zobaczyłam pana z
trzema nazwiskami na kartce, w tym z moim. I mówił coś niezrozumiale. Kazał mi
pokazać moją kartę pokładową i przykleił mi na sweter nalepkę z numerem lotu.
Mieliśmy iść za nim. Najpierw jakimiś taśmami, później jechaliśmy autobusem, a
na koniec pan się jeszcze trochę gubił. Szukaliśmy gate’u numer 510 – to lotnisko
jest ogromne. Gdyby nie ten facet, na pewno bym sama tak szybko tego nie
znalazła, a do odlotu było jakieś 40 minut.
Lotnisko w Taipei w porównaniu z tym wygląda jak opuszczone,
w ogóle nie ma ludzi, dwie osoby sprawdzające paszporty. A tak w ogóle jest
poza Tajpej, 1,5 h do centrum autobusem.
Okazało się, że mój akademik jest trochę jakby poza
kampusem, na górze (znaczy się uphill). Z buta idąc w dół to 12 minut, ale pod
górę w ostrym słońcu… Jeździ jeszcze autobus co 20 minut, ale ciągle nie mogę na
niego trafić. Mam 4-osobowy pokój, jedna Niemka, jedna Koreanka i jedna
Japonka, z czego tylko ta pierwsza mówi po angielsku. Jest trochę dziwnie nie
być w stanie nic powiedzieć…
Jeśli chodzi o jedzenie, to na razie mam pewne trudności.
Większość tego tutaj jest smażone i strasznie ciężkie. Ciężko jest też znaleźć
jogurt – opakowania są kolorowe i mają chińskie napisy. Wczoraj trafiłam na
mleko sojowe, a dzisiaj na jakiś słodki mleczny napój, fuj!





Komentarz testowy
OdpowiedzUsuńDziała
OdpowiedzUsuń