Ale później wysiadłam i pokazując adres po chińsku jakimś
ludziom na ulicy dotarłam na miejsce.
Kaplica św. Trójcy jest na 4 piętrze jednego z wieżowców.
Muszę powiedzieć, że chodzenie na Wilczą mnie naprawdę zahartowało. Liturgia
służona w dużym pokoju w ogóle mnie nie zdziwiła:)
Jakby to powiedzieć, w samej kaplicy wiele się działo. Pod ścianami były jakieś
pudła, kserokopiarki, drukarki, rutery, półki załadowane książkami. A tu na
szafce służona była proskomidia. Gdyby ktoś z naszych to zobaczył...
Liturgia jest po angielsku, ewangelia i apostoł są w kilku
językach, Symbol wiary i Ojcze nasz też.
Jeśli chodzi o wiernych – trochę lokalnych ludzi, małżeństwa
mieszane (mam na myśli europejsko-azjatyckie). A jeśli chodzi o europejsko
wyglądających ludzi, to głównie mieszkańcy byłego ZSRR. W dodatku łatwo ich
rozpoznać – charakterystyczne fryzury i sposób ubierania się (tak, widziałam
jednego w dresach :D).
Z ciekawych eventów, to dzisiaj był chrzest. Przyjmowała go dziewczyna jednego z Rosjan. Ogólnie był bałagan, jakieś problemy z matką chrzestną.
A po chrzcie rosyjski narzeczony owinął nowoochrzczoną w różowy ręcznik :D
A tu już po chrzcie.
Father Jonah jest Grekiem, można go poznać po specyficznej angielskiej wymowie (church wymawia jako "cerc" ;-).
A tu father już po Liturgii podczas jakby religii. Ta pani obok tłumaczy z angielskiego na chiński. Kazanie też było tłumaczone z angielskiego na chiński przez tę panią.
Ogólnie father jest bardzo wyczulony na innowierców. Albo żadnowierców. Kilka razy pytał, czy jestem prawosławna. Zawołał mnie, żebym powiedziała imiona moich bliskich, podczas gdy wycinał cząsteczki. Byłam trochę zdezorientowana, bo nie wiedziałam na początku, co ode mnie chce. A on od razu zapytał: wiesz w ogóle co to jest? Później powiedział, że jest tu tyle ludzi różnych konfesji albo właśnie żadnych konfesji. Dlatego tak pyta.
Z ciekawostek: po Liturgii jest normalne jedzenie, całkiem dużo powiedziałabym nawet. Miejscowy chłopak, który chce przejść na prawosławie powiedział mi, że to taka jakby lokalna tradycja. W każdym kościele na Tajwanie, jakikolwiek by on nie był, jest jedzenie po nabożeństwie.
Ptasie mleczko, które przyniosłam cieszyło się dosyć dużym powodzeniem. Rosjanie byli zachwyceni - podobno mają takie same w Rosji i bardzo za nim tęsknią.
I na koniec zdjęcie ikony chińskich męczenników (przepraszam za jakość).










Ja sobie wypraszam. Na Wilczej nie było takiego burdlu. A już na pewno nie walały się tam rutery:)
OdpowiedzUsuń