sobota, 24 września 2011

Jiufen


Dzisiaj byłam w miasteczku na wybrzeżu. Bardzo popularne wśród turystów, bo nakręcono tu film City of sadness (Miasto smutku). W sumie samo miasteczko to długa wąska uliczka, gdzie jest pełno sklepików z jedzeniem i różnymi durnostojkami. Pełno ludzi, więc cały czas trzeba się przepychać.





A ja jadłam kulki z kałamarnic (poniżej). Można je było posypać curry albo pieprzem.


Z jedzeniem bywa tu tak, próbujesz wszystkiego, czasem jest dobre, czasem nie. Tajwańczycy mają tendencję to mieszania smaków: słodkie-słone, itp. Tutaj jadłam naleśnika z orzechami, lodami i... pietruszką. Cóż, smakowało jak lody z pietruszką właśnie.


Później poszłyśmy (ja, moja współlokatorka, niemiecka koleżanka, holenderska koleżanka, japońska koleżanka) do tradycyjnej herbaciarni. Trochę drogo wyszła nas ta impreza, ale było warto :o
Trzeba było zdjąć buty i siedzieć przy niskich niewygodnych stolikach. Później pani przyniosła nam zestaw do parzenia herbaty i powiedziała, jak to trzeba robić. I trzeba było pić z malutkich miseczek. Chyba jestem zbyt niecierpliwa i nie potrafię delektować się smakiem, bo wypijałam wszystko za jednym łykiem i cały czas trzeba było dolewać ;-) Na stole miałyśmy palnik, na którym cały czas wrzała woda.



Nie wiem, czy jest jakaś tajwańska polityka na temat śmieci, ale naprawdę trudno tu znaleźć kosz na ulicy. Nawet na przystankach autobusowych ich nie ma. Nie wiem o co chodzi. Co oczywiście prowadzi do tego, że ludzie czasem zostawiają śmieci, gdzie popadnie. Tym bardziej tutaj, gdzie po jedzeniu zostaje dużo papierów.

[Proszę tutaj nie zostawiać swoich śmieci]

A te domki na górze to groby.

I na koniec dwa zdjęcia specjalnie dla Hanny M. Słodziaśny sklepik, nieprawdaż?



Cóż, podróż powrotna znów była wyzwaniem (znów, bo wczoraj miałam to samo). Wąskie, kręte górskie uliczki, autokar cały czas przyspieszający i zwalniający. I skręcający. Duże wyzwanie.

2 komentarze: