Co ciekawe, Tajwan wraz z rozwojem gospodarczym nie utracił swojej religijności, a wręcz stał się jeszcze bardziej praktykujący.
Przewodnik twierdzi, ze świątynia ‘dates back to 1738’, ale
nie mogę rozkminić, czy to znaczy, że była wybudowana wtedy, czy tylko, że są o
niej jakieś wzmianki. Teoretycznie to buddyjska świątynia, ale w praktyce podobno
wielowyznaniowa, bo czci się tu 165 bóstw (też podaję za przewodnikiem).
W przewodniku po Białorusi czytałam kiedyś opis
prawosławnego nabożeństwa, na które trafił autor. Opowieść głównie skupiała się
na tym, z jakim dostojeństwem metropolita grzebykiem rozczesywał swoje włosy i
w jaki sposób ludzie bili pokłony. Z perspektywy prawosławnego – brzmiało idiotycznie.
Więc pewnie mój opis buddyjskiej świątyni będzie podobny, jeśli chodzi o zawartość
merytoryczną.
Sama świątynia składa się z kilkunastu ołtarzy, na każdym
jest jakiś złoty posąg. Rozpoznałam buddę (tak mi się wydaje przynajmniej) i
jeszcze był taki złoty pan z wąsami.
Na środku dziedzińca stały stoły, na których leżało jedzenie i kwiaty (to chyba jakaś ofiara). Widziałam też leżące czipsy cheetos ;-)
Ludzie podchodzili do ołtarzyków ze złożonymi rękoma. Niektórzy się tylko kłaniali, a niektórzy palili kadzidełka, które później przed każdym ołtarzykiem wrzucali do spalenia.
W związku z tym wszędzie było pełno kadzidlanego dymu.
Przed wejściem sprzedawali jakieś wzorki ułożone z kwiatków (później się dowiedziałam z przewodnika, że to magnolie).
Wokół dziedzińca siedziało dużo ludzi, część coś czytała, część miała ze sobą jakieś koraliki (coś w stylu różańca).
I na koniec jeszcze parę zdjęć.
A temat tajwańskich łazienek będzie jutro:)












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz