sobota, 31 grudnia 2011

Penang i Georgetown


Po kilku dniach spędzonych w Kuala Lumpur poleciałam na Penang, wyspę na wschodnim wybrzeżu Malezji.

Wysiadłam na lotnisku i poszłam do informacji turystycznej, żeby wziąć jakieś ulotki, czy coś.

W Malezji nie ma jako takich oficjalnych schronisk młodzieżowych, są raczej tanie hotele. Dlatego na początku się trochę bałam, że nie znajdę żadnego hostelu i nikogo przez to nie spotkam. Ale znalazłam jakiś hotel z z tak zwanym 'dormitory', czyli pokojem na kilkanaście osób, choć i tak byłam w nim sama. Drugiej nocy był jeszcze jakiś chłopak, ale jak wróciłam, to on już spał, a później rano wyszedł. Więc tak czy siak chodziłam wszędzie sama.

Georgetown, główne miasto na Penang (albo Pinang), podobnie jak Melaka, wpisane jest na listę UNESCO. I podobnie jak Melaka odnowione jest w stylu malezyjskim. Czyli niektóre budynki ładne i zadbane, a między nimi walące się rudery.

Pierwszego dnia chciałam koniecznie pojechać na plażę, więc zostawiłam zwiedzania Georgetown na następny dzień. Chris mnie trochę straszył jakością wody w tych okolicach, ale w sumie nie do końca mu wierzyłam. Najbliższa plaża była jakieś 40 minut autobusem. Cóż, woda w morzu to były głównie ścieki z nadmorskich hoteli. W ogóle nieprzejrzysta i taka obślizgła. Zanim się zorientowałam o co chodzi, zdążyłam się tam wykąpać.


Ale fascynuje mnie miejscowa filozofia. Buduje się hotele nad brzegiem i chce się, żeby przyjeżdżali turyści, a z drugiej strony kupy lecą prosto do wody. Czy oni nie widzą w tym żadnej sprzeczności? Już nie mówiąc o jakichkolwiek ekologicznych pobudkach.

Następnego dnia poszłam zwiedzać miasto. Budynki spoko, fajne. Ale i tak jestem największa fanką dzielnic indyjskich. Zajebiste żarcie, ubrania i klimat. Niestety mam jakoś mało zdjęć stamtąd, nawet nie wiem czemu. I kupiłam 3 pary śmiesznych spodni, do obejrzenia latem 2012 ;-)


[Ten napój w tle to był lód zmiksowany z mięta i czymś jeszcze, pycha!]


Zaszłam też z ciekawości do miejscowego sklepu typu Central (dla niebiałostoczan, coś jak department store :D).



I zdjęcia z miasta.






W Malezji przejście dla pieszych to towar deficytowy. Tam po prostu się przechodzi. A jak ulica jest duża, to partiami. Przechodzisz przez dwa pasy, później stoisz na środku ulicy i czekasz, aż uda się przejść kolejne dwa. W związku z tym zazwyczaj szukałam wzrokiem jakimś lokalsów i przechodziłam razem z nimi.




Pamiętacie dwóch Szwedów, których spotkałam dwa razy w Kuala Lumpur? Tutaj też na nich wpadłam. Mieszkali w hotelu obok. Zaczęliśmy się podejrzewać o wzajemne prześladowanie ;-)


I lokalny sposób na sok ze stair fruita (wg wikipedii to oskomian pospolity). Pierwszą rzeczą, o której zawsze piszą w przewodnikach to: nie pić napojów z lodem (bo nie wiadomo z jakiej wody zrobione są kostki), nie pić świeżych soków (nie wiadomo jaka woda i czy owoce były myte), a tak naprawdę to najlepiej w restauracjach zamawiać wodę gazowaną, wtedy wiadomo, że jest z butelki.

Przez moje 4 miesiące bycia w Azji ani razu mi się nie zdarzyło tego przestrzegać. Piłam to, co lokalsi, jadłam to, co lokalsi. To nic, że z metalowego wózka rozmiarów dwóch metrów kwadratowych, gdzie pani myje, przygotowuje, podaje i zmywa naczynia. I jakoś udało mi się przeżyć bezproblemowo.

Tak samo w tym przypadku. Pan miksował owoce w wózku stojącym przy ulicy, lód dodawał ze stojącej obok skrzynki.

1 komentarz: