czwartek, 29 grudnia 2011

Batu Caves


Batu Caves położone jest kilkanaście kilometrów za KL. To Kompleks hinduskich świątyń w skale.

Chris postanowił mnie tam podwieźć twierdząc, że KL to Dżakarta, jeśli chodzi o komunikację miejską. Przyniósł mi też rozkład kolejki, która tam jeździ, ale twierdził, że jeszcze nigdy nie widział, żeby jeździła zgodnie z rozpiską.


Coś w tej Dżakarcie jednak jest. Szukaliśmy drogi na Batu Caves. Był gdzieś jeden znak, a później już nic. No to jedziemy prosto, czekamy na kolejny. Po długim czasie zobaczyliśmy znak na wiadukcie. Okazało się, że powinniśmy się domyślić, że trzeba było gdzieś wcześniej skręcić. Albo znaki w ogóle przeczyły sobie. Teoretycznie mieliśmy wydrukowaną mapę z google maps, ale zjazdy tam opisane też były słabo oznakowane. Ale pytając ludzi jakoś dojechaliśmy.

W sumie główną atrakcją jest duża złota figura hinduskiego bóstwa. Niestety była w remoncie.


Na górę prowadziły wysokie schody.


Po drodze spotkaliśmy dwóch Szwedów planujących podróż po Azji przez co najmniej sześć miesięcy (zazdrość!), którzy kilka dni temu wylądowali w KL. Chris oczywiście ich zaczął pytać, jaką widzą rolę Szwecji w świecie i zaczął im sprzedawać jakieś rozkminy. Później jeszcze wpadłam na nich przypadkiem po południu w Chinatown. I nie było to nasze ostatnie spotkanie w Malezji.


Zrobili nam zdjęcie z Chrisem. Mistrzowie fotografii :D


Po schodach biegało pełno szalonych małp, które atakowały ludzi i wyrywały im jedzenie i butelki z piciem. Masakra.


Kilka zdjęć ze świątyń.




I kilka widoków z góry (w tle podwójna erekcja ;-).



Na koniec Chris próbował mi zrobić zdjęcie z bóstwem-małpą. Udało się chyba za 15 razem. Najpierw 5 zdjęć, gdzie widać mnie, skałę, nie widać małpy. Później widać małpę, ale bez głowy. Później małpę, ale uciętą z boku. Może po zdjęciu tego nie widać, ale to była patelnia, na podwórku było chyba z 35 stopni.


 A pod bramą sprzedawali jakieś lokalne słodycze.


Chris zaczął pytać sprzedających, czy ciastka zawierają glutaminian sodu (albo coś w tym rodzaju). Goście nie wiedzieli, o co chodzi Chrisowi, ale oczywiście powiedzieli, że nie zawierają. W związku z tym Chris zdecydował się kupić. I tak mówił w każdej restauracji, w której jedliśmy, że chce to danie, ale bez dodatku tego składnika (i tu jakaś nazwa). Nie wiem, czy w restauracjach też ogarniali, ale mówili, że oczywiście nie dodadzą :D

PS Nie wiem, czy u Was też to tak wygląda, ale u mnie zdjęcia po wrzuceniu na bloga robią się nieostre i mocno tracą na jakości. To wina blogspota. Nie wiem, co z tym zrobić :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz