sobota, 31 grudnia 2011

Langkawi

Ania i Daniel, którzy byli na Langkawi podczas swojej podróży poślubnej, zareklamowali mi je jako 'miejsce ze srającym orłem'.


Ja na Langkawi dopłynęłam statkiem z Penang. 2,5h rejsu, obawiałam się rzygostatku, ale obyło się na szczęście bez problemów!

I rzeczywiście, jak wysiadłam w porcie, to widać było pomnik orła na brzegu. Co on tam robił, to nie wiem, było trochę za daleko.


Znanym już trybem, poszłam do informacji turystycznej. Tam bardzo miły pan uświadomił mnie, że na Langkawi nie ma żadnej komunikacji miejskiej, do miejsca z tanimi hotelami można dojechać tylko taksówką. Jest tam plaża, ale nie można tam pływać, a do miejsca, gdzie można jest 40 minut skuterem. Pomyślałam, że utknęłam. Oczywiście zaczęłam panikować, że co ja tu będę robić, że nie mam kasy na taksówki, a jeżdżenie samej skuterem po wyspie w kraju z lewostronnym ruchem to też nie jest dobry pomysł.

Nie miałam wyboru, wzięłam taksówkę (30zł) i pojechałam do miasteczka z tanimi hotelami. Tam też nie mogłam znaleźć żadnego hostelu, obeszłam kilka, wszędzie noclegi za 100 zł, jeden był tańszy - za 35 zł, ale te pokoje były zajęte. Mój poziom paniki wzrastał, ale zauważyłam tablicę z napisem 'dormitory' i tam weszłam. Uff, 25 zł za noc w wieloosobowym pokoju. Tego szukałam.


Trochę się uspokoiłam, ale mimo wszystko, 40 minut do plaży skuterem? Na szczęście w hostelu spotkałam Paulo, Brazylijczyka, który był już tutaj od kilku dni. On mnie uświadomił, że do plaży jest... 500m. Nie wiem, kim był ten przemiły pan z informacji turystycznej i o co mu chodziło w życiu.





Woda była dużo lepsza niż na Penang, ale wciąż trochę zielona i lekko śmierdząca. Ale co tam, grunt, że było 30 stopni!

Chris straszył mnie, że Penang to pół biedy, ale Langkawi jest bardzo niebezpieczne i że szkoda, że nie znam żadnych sztuk walki. Okazało się być totalnie na odwrót. Miasteczko, w którym się zatrzymałam składało się z samych hoteli i knajp dla turystów. To chyba najbezpieczniejsze miejsce w Malezji, w jakim byłam. Były też minusy turystycznego miejsca - było dużo drożej. Ale gdzie było najtańsze i najlepsze żarcie? W knajpie indyjskiej!

Poza tym Langkawi to wyspa duty free. Jest tam dużo sklepów jak na lotniskach z alkoholem i słodyczami. No i nie ma tu tej szalonej malezyjskiej (singapurskiej zresztą też) akcyzy na alkohol. W związku z tym piwo było wreszcie tanie, poniżej 3zł za puszkę 0,33. Bo zazwyczaj to koło 10 zł.

Następnego dnia pożyczyliśmy z Paulo skuter i pojechaliśmy zobaczyć 'cable car'. Coś jak nasze wyciągi w górach, tyle że się podziwia widoki. Naprawdę super, zdjęcia oczywiście tego nie oddają.




Na górze było dużo punktów widokowych. Naprawdę fajne miejsce. Mimo tego, że trzeba było stać godzinę w kolejce, żeby się tam dostać. Później poszliśmy połazić jeszcze po okolicy.




Kolejnego dnia zdecydowałam się 'island hopping', czyli zobaczenie okolicznych wysepek za 30zł. Fajnie, ale zbyt w malezyjskim stylu.

Pomost, z którego mieliśmy ruszać, był mały, a firm i ludzi było dużo. Łódki wpychały się jedna przed drugą, ludzie przepychali się na pomoście, żeby wsiąść.



Popłynęliśmy na pierwszą wyspę, gdzie mieliśmy godzinę do dyspozycji. Było tam jezioro, w którym popływałam i w sumie to tyle. A, jeszcze szalone małpy. Rzucały się na ludzi, wszędzie było ich pełno, wyrywały reklamówki z jedzeniem. Kolejny malezyjski paradoks. Wszędzie znaki 'zakaz dokarmiania małp', a ludzie i tak idą i rzucają im jedzenie. A później krzyczą i uciekają, że małpy na nich skaczą. Heloł.


Na tej wyspie pomost z jednej strony był połamany i zapadł się do wody, więc było tylko jedno zejście. Kilkanaście łódek znowu próbowało się wpychać jedna przed drugą, ludzie tłoczyli się na pomoście. Aż dziwne, że nikt nie wpadł do wody.

Po drodze było karmienie orłów.


Totalnie turystyczne. Nie lubię czegoś takiego, daliby orłom święty spokój. A tak codziennie kilkanaście wycieczek rzuca im jedzenie. Podobny tryb do tego z małpami. Dobrze, że przynajmniej ludzi nie atakują.



Na następnej wyspie mieliśmy godzinę na popływanie. Wyspa rzeczywiście fajna, woda nie śmierdziała. Ale kolejna rzecz w malezyjskim stylu. Wszystkie łódki były 'zaparkowane' przy brzegu, więc praktycznie trzeba było się kąpać między nimi.


Następnego dnia znowu pożyczyliśmy z Paulo skuter i pojechaliśmy w poszukiwaniu lepszej plaży.


Znaleźliśmy jedną naprawdę fajną, ale nie było tam turystów, tylko miejscowe rodziny z dziećmi. W związku z tym byłam tam jedyną kobietą w stroju kąpielowym. Reszta pływała w ubraniu.

A kogo spotkałam tego samego dnia? Szwedów. Oni, tak jak i Paulo, dalej jechali do Tajlandii. A ja musiałam już się zbierać jakby do domu. Paulo miał zamiar podróżować przez rok. Zwolnili go z pracy, więc stwierdził, że to dobry moment na wyjazd. Zaczął od Ameryki Południowej, później przyleciał do Singapuru, a na Euro 2012 ma zamiar dotrzeć do Polski. Zazdrość.

Ostatnim wieczornym promem dopłynęłam do miasta w 'głównej' części Malezji, a stamtąd miałam jechać nocnym autobusem do KL. Na promie miejscowa rodzina chciała zrobić sobie ze mną zdjęcie.


W porcie spotkałam dziewczynę z Algierii i chłopaka z Iranu/Iraku, którzy też jechali tym samym autobusem, więc wspólnie czekaliśmy na dworcu.


Chris miał mnie odebrać ok. 7. Ale ludzie, których spotkałam oświecili mnie, że autobus przyjeżdża o 5. Skąd wzięłam 7 rano? Jak kupowałam bilet, zapytałam 'o której godzinie autobus będzie w KL?'. Odpowiedź brzmiała '7 hours' (7 godzin). Później na dworcu też zadałam to samo pytanie i też usłyszałam '7 hours'. Myślałam, że taki ten ich angielski. Oczywiście mieli na myśli, że autobus JEDZIE 7 godzin, w związku z tym, jak wyruszał o 22, to był w KL o 5. Biedny Chris, musiał wcześnie wstać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz