W cerkwi zagadał do mnie armeński profesor, który od kilku lat mieszka na Tajwanie. Zaproponował wyjście w góry razem z nim, jego żoną i rosyjskimi studentami.
Wybraliśmy się do parku narodowego Yangminshan, który znajduje się na północ od Tajpej. Ruscy na czilu, zbierali się 1,5 godziny. Pogoda była kosmiczna - 30 stopni. Ja przygotowana na 'hiking', oni w japonkach. Później dojechała jeszcze dziewczyna w pantoflach i spódnicy, koniec końców wchodziła na górę w moich klapkach. Ale bardzo sympatyczna.
Jeśli chodzi o rozmowy z rosyjskimi studentami... Na początku zapytali mnie, czy znam rosyjski, ja chciałam powiedzieć, że uczyłam się rosyjskiego, ale po angielsku mówię lepiej. Niestety nikt mnie nie zrozumiał. Tłumaczę sobie to tym, że staliśmy na stacji metra i było głośno. W każdym razie od tej pory mówią do mnie po angielsku.
W dodatku jeszcze wszystko, co mówią, tłumaczą mi z rosyjskiego. Nie mogą uwierzyć w to, że ich rozumiem :D
Nie jestem zbyt wielką fanką gór, ale od czasu do czasu, czemu nie?
Widoki super. Zdjęcia, jak zawsze, tego nie oddają.
Ja na szlaku.
Tajwańska sesja na górze.







Muszę powiedzieć, że literacko rozwinął Ci się język i styl. Nie raz już się uśmiałam czytając, czasem muszę się zastanawiać, co znaczą te teksty... (np. Ruscy na czilu). :)
OdpowiedzUsuńTeksty, jak to mawiają byli wojskowi są "w cipe" (to znaczy że są dobre jakkolwiek by to nie brzmiało) Natomiast ruskie laseczki są piękne, w sumie słowiańska krew :D I jak zwykle Ci "zazdraszczam"
OdpowiedzUsuńNapisałab sztoś nowoho
OdpowiedzUsuńTamara z Madźwadziou pazdraulaje i dziakuje za pacztouku:)
OdpowiedzUsuńEwa, nie mahu daczakacca czarhowych tekstau. Sonca majo, piszy!!!
OdpowiedzUsuń