Tajwan na dłuższą metę jednak jest męczący. Nie to że narzekam, bardzo mi się tu podoba. Jednak wyjazd na Borneo był nie tylko super z powodu nieustannych 30 stopni. Weszłam do pierwszego sklepu i pierwsza myśl: jak tu jest super! Praktycznie wszyscy mówią tam po angielsku, na półkach zachodnie marki i angielskie podpisy na produktach. Nie trzeba rozkminiać chińskich znaczków i się zastanawiać, czy krem do twarzy, który kupujecie, nie jest wybielający (jak 80% kosmetyków tutaj).
No i malezyjskie jedzenie dużo lepsze... Niekoniecznie smażone, w przeciwieństwie do Tajwanu.
Pierwszego dnia kupiłam w piekarni obok słodką bułkę. I smakowała bułką! Po 2,5 miesiącach jakiegoś super sztucznego pieczywa (naprawdę nie przesadzam, jest obleśne) to naprawdę robiło wrażenie.
To, co mi najbardziej smakowało to owoce morza. Ryby i kałamarnice. Pokazujesz palcem, które chcesz (surową) i ci ją przygotowują. Plusem Azji jest to, że tu ryby smakują rybą. Nie panierką, nie zamrażarką, tylko rybą.
A ich przekąski na night marketach o niebo lepsze niż tajwańskie.
[Jakby naleśnik z orzechami. 3 kawałki 1,10 zł.]
[Smażone banany.]
Ale były tez dania nietrafione.
Jakieś kwaśne mango z sosem sojowym. Nie wiem po co je jeść w taki sposób. Albo w ogóle.
I lokalny deser - ABC.
Pokruszony lód z mlekiem skondensowanym, kukurydzą, czerwoną fasolą i jakimiś glutowatymi żelkami. Polany jakimś różowym sosem, który wyglądał jak sok z buraka. Wszyscy lokalsi to jedli. Ale po co?
I ABC po lekkim rozpuszczeniu.
No i kilka napojów.
Tea Tarik - herbata z mlekiem i pianką na górze. Bardzo dobra, nawet nie słodka!
No i kokos ofkors!











Jak wrócisz to idziemy na lody do bella vita ;) Tam są dobre, bez czerwonej fasoli i buraków xD
OdpowiedzUsuńE.T.
Głodny jestem
OdpowiedzUsuń