wtorek, 10 września 2013

Dzień gorada albo urodziny Moskwy

Pierwszy tydzień za mną.


W sobotę wreszcie nastąpiło polepszenie pogody, nie samo oczywiście, ale o tym za chwilę. Poprzednie cztery dni non stop lało i było 10 stopni. Na koncert Lapis Trubieckoj na mityngu Nawalnego (tak, byłam tam!) ubrałam się w prawie wszystkie możliwe warstwy i nie było mi wcale jakoś gorąco.

Za to w sobotę pojawiło się słońce. Bo w sobotę były urodziny Moskwy, czyli dzień gorada i władza pogodzie postanowiła trochę pomóc. W końcu w taki dzień w czasie koncertów i festynów nie może lać, więc rozpylili nie wiem co (ale pisali nawet o tym na gazeta.pl) i rozgonili chmury. Może nie było tak ciepło jak w Polsce, ale po tylu dniach deszczu Moskwa od razu zaczęła wyglądać inaczej.

Za radą jednej z naszych nauczycielek poszłyśmy (ja i moje dwie współlokatorki) do Parku Gorkiego.


Park podobno kiedyś był bardzo brzydki, ale zmienił się odkąd przejął go Roman Abramowicz (tak było napisane w moim przewodniku, ale nie znalazłam potwierdzenia tego faktu w wikipedii; może po prostu sypnął groszem). Park rzeczywiście wygląda fajnie, dużo w nim różnych gadżetów: foteli, ławek i poduszek, na których można usiąść. Ale mimo wszystko ciągle nie przypomina na przykład Pola Mokotowskiego, jakoś tam za zbyt betonowo jest.


A tu ludzie tańczący przy dźwiękach jazzowego zespołu, muzyki niestety nie słychać ;-)




Na górze opalanie nad rzeką Moskwą, a na dole tak zwane zdjęcie dla rodziców.


Jako że pogoda byłą w miarę, postanowiłyśmy łazić po mieście dalej, już bez żadnego planu, a trochę na azymut. Skończyło się tym, że ledwo wróciłyśmy do domu. Jestem pewna, że zrobiłyśmy wtedy co najmniej 30 kilometrów. A z powrotem też nie jest prosto, bo droga z centrum zajmuje 30-50 minut, a od metra do akademika kolejne 20 minut trzeba przejść pieszo. Poza tym metro wyciąga z człowieka wszystkie dobre fluidy, naprawdę! Wstajemy rano pełne energii do zwiedzania, idziemy do metra, jedziemy, a jak już wysiadamy, to jesteśmy śpiące i szukamy kawy (a tania kawa w tym mieście to wyzwanie). I tak samo z powrotem, jak już wsiądziesz zmęczony do metra (a tam strasznie gorąco), dwa razy zmienisz linię i jeszcze z buta się przejdziesz do akademika, to już ani ręką ani nogą.

I jeszcze kilka fotek z sobotniego spaceru. Na dole MSZ.


 

Nowy Arbat.

I moskiewskie city.


Chyba pierwszą rzeczą, o której myślę, że ciężko byłoby tu żyć, są samochody. Szerokie ulice po 6 pasów w jedną stronę i pędzące suvy. Łady samary tu nie jeżdżą, tu jeżdżą wielkie BMW i mercedesy. A przejście przez ulicę przejściem naziemnym przypomina warszawską pielgrzymkę na Grabarkę: biegiem i z modlitwą na ustach.

1 komentarz: