Dziś relacja z Sun Moon Lake. Materiał zdjęciowy obszerny, bo miejsce naprawdę super!
We czwartek w Tajpej lało. W nocy z czwartku na piątek też. I w piątek rano. Naprawdę się wahałam, czy w ogóle się wybierać z akademika. Ale pomyślałam, dobra, jadą ludzie, trudno, najwyżej zmoknę. A więc zbiórka 7 rano i w drogę.
Na dworcu mieliśmy okazję dowiedzieć się, jak wygląda podróżowanie po Tajwanie w weekendy, vol. 1. Nie było biletów na bezpośredni autobus do Sun Moon Lake, więc najpierw musieliśmy jechać do Taichung, potem się przesiąść na autobus do Puli. A później jeszcze autobus do Sun Moon Lake.
W każdym razie godzinę drogi za Tajpej zaczęło się słońce, wysiedliśmy w Taichung - UPAŁ. Jak dobrze, że nie zostałam w akademiku :)
Po drodze mogliśmy zobaczyć panoramę Taichung - estakady, autostrady, szybki pociąg - robiło wrażenie.
W Puli chcieliśmy coś zjeść. Trafiliśmy do restauracji, gdzie właściciele bardzo zainteresowali się nasza wyprawą. Jako że męska część grupy bardzo nalegała na wypożyczenie skuterów, postanowili pomóc nam poszukać odpowiedniej wypożyczalni skuterów. Odpowiedniej - bo na Tajwanie, żeby oficjalnie jeździć i wypożyczyć skuter, trzeba mieć tajwańskie albo międzynarodowe prawo jazdy. Oczywiście nikt z nas takiego nie miał. Ale w niektórych miejscach da się wypożyczyć i bez tego. Niestety (stety?) w Puli takiego miejsca nie znaleźliśmy.
W związku z tym właściciele restauracji podwieźli nas swoim wypasionym mercedesem na dworzec. Wcześniej znaleźli nam nocleg w Sun Moon Lake, kupili ciasto i herbatę na drogę. I jeszcze guavy, takie tutejsze jabłka. Pan właściciel przedstawił nam się jako King (of Puli). Ten ich przypływ sympatii był aż dziwny, zaczęliśmy się zastanawiać, czym się oni naprawdę zajmują, bo na restauracji na pewno nie zarabiają, była pusta...
My, pani Kingowa i pracownica restauracji.
Pan w informacji turystycznej w Sun Moon Lake był super pomocny i poradził nam pójście na nocleg to nauczycielskiego hostelu. Co prawda mieliśmy nocleg załatwiony przez pana Kinga, ale po minie pana z informacji turystycznej można było wywnioskować, że z tą miejscówą było coś nie halo, poza tym była strasznie daleko.
Hostel nauczycielski wyglądał jak hotel, tyle że w stylu jakby chyba japońskim (?). Spało się na matach i materacach jeden obok drugiego.
Ale za to widok z rana niesamowity - wprost na jezioro.
Zdjęcia chyba słabo to oddają, ale jezioro ma taki błękitny błękitny kolor. Przypominało mi Lazurowe Wybrzeże, i to nie tylko z powodu koloru wody. Dookoła jest pełno drogich hoteli. I chińskich turystów. Europejsko wyglądających osób oprócz nas było może kilka.
Niestety w sobotę rano musieliśmy się wynieść z hostelu, bo wszystko było już zarezerowane. I wszystkie inne miejsca w naszym przedziale cenowym też. Już mieliśmy wypożyczać namioty, ale okazało się że są wolne miejsca na kempingu. Tyle że po drugiej stronie jeziora. Dostaliśmy się tam łódką.
Chcieliśmy zostawić rzeczy. Najpierw jechałam z bagażami motorem (jako pasażer rzecz jasna, ale patrząc na tempo, w jakim testuje rożne pojazdy, kto wie, może niedługo ;-), potem jakimś suvem , bo miły pan z innego kempingu postanowił nam pomóc.
Kemping wyglądał jakby zbudował go szwagier ze szwagrem, ale lokalizacja super. Przy samym jeziorze. Chyba przez to, że miejsce na odludziu i trzeba iść chaszczami w dół (na noc kupiliśmy latarki) nikogo tu nie było, gdzie w każdym innym miejscu wszystko było zajęte.
I czas na miejscowe atrakcje - dwa lata temu nad jeziorem zbudowano kolejkę zwaną cable car (samochód na kabel). Oni chyba mają jakieś fazy na te kolejki, bo niedaleko od mojego kampusu też jest podobna (tym razem zwana gondolą), a inne kolejki widziałam też na zdjęciach z różnych miejsc na Tajwanie. W każdym razie widoki fajne.
Jako że koniec końców nie znaleźliśmy miejsca, gdzie wypożyczono by nam skutery, zdecydowaliśmy się na elektryczne rowery (a nie mówiłam, to już trzeci po skuterze i motorze jednoślad w ciągu dwóch tygodni :). I zaczęliśmy zwiedzanie okolic jeziora.
Świątynia buddyjska.
Pagoda Tsen, którą zbudował Czang Kaj-szek ku czci swojej matki. Łądnie góruje nad jeziorem.
A w niedzielę rano na naszym kempingu popływaliśmy w jeziorze i po jeziorze - kajakiem.
Panowie właściciele byli bardzo mili, mimo że nie mówili po angielsku. W sumie nie mówili też po chińsku, tylko w jakimś lokalnym języku. Bo w okolicach mieszka plemię Thao - są dużo ciemniejsi niż przeciętni Tajwańczycy.
A nazwa jeziora pochodzi od wyspy, która znajduje się na jego środku i ma podobno kształt słońca i księżyca. Po dojściu do władzy Czang Kaj-szeka, wódz zmienił jej nazwę na Kuang Hua (wspaniałe Chiny). Po trzęsieniu ziemi w 1999 roku większość wyspy i znajdujące się na niej budynki zapadły się do wody. Teraz wyspa nazywa się Lalu - coś w miejscowym języku właśnie.
Rano w niedzielę, jak wydostaliśmy się z kempingu, spotkała nas niemiła niespodzianka. Ktoś ukradł akumulator w jednym z elektrycznych rowerów. Więc musiałyśmy zostać i czekać aż ktoś podskoczy do miasta i przywiezie nowy. W tym czasie pod altaną spotkałyśmy rodzinę miejscowych, która przyjechała sobie na wycieczkę i poczęstowała nas zupą i jakimś makaronem. Oni słabo po angielsku, my słabo po chińsku :)
Już wracając zajechaliśmy jeszcze trochę z braku laku do 'Peacock garden'. Łaziły jakieś pawie, nic specjalnego. Ale w jednej z klatek znalazłam coś lepszego - polską kurę!
Cieszyła się popularnością dzieci, które biegały i krzyczały obok klatki.
W drodze powrotnej oczywiście okazało się, że nie ma już biletów na bezpośredni autobus do Tajpej, więc znowu musieliśmy jechać do Taichung. A w Taichung działo się dobrze. Na dworcu autobusowym i kolejowym kłębiły się tabuny ludzi, jakieś dzikie kolejki, nie wiadomo o co chodzi.
Nigdzie nie było wolnych miejsc, zastanawialiśmy się nawet, czy nie pojechać szybkim pociągiem, ale był za drogi (ok. 75 zł). W końcu pani sprzedała nam bilety na autobus powrotny na północ, ale się okazało, że jak staniemy w długa kolejkę, to jest szansa, że wsiądziemy wcześniej. Więc stanęliśmy w tę kolejkę i po jakiejś godzinie rzeczywiście wsiedliśmy. Więc ciężko było ogarnąć ten dziwny system. Byłam dosyć zdzwiona tym bałaganem, bo w sumie cała infrastruktura tutaj wygląda na uporządkowaną. Widać nie tylko Polska ma problemy z transportem. Chociaż mimo wszystko do Warszawy Centralnej przed Bożym Narodzeniem jeszcze im daleko ;-)
I coś z serii 'crazy translations'.


























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz