Idąc ulicą można się natknąć na duże świecące się stopy - to reklamy masażu stóp. Jako że widziałam podobne stopy u Asi (nie wiem, czy czyta to ktoś, kto chodzi tam na masaże ;), więc chciałam sprawdzić jak to wygląda w wersji tajwańskiej. Proponowałam nawet mojej niemieckiej eks-współlokatorce, bo chciałam iść z kimś, kto zna chiński, ale w sumie w końcu poszłam tam z całkiem innym towarzystwem - buddymi znajomej z chińskiego.
Na wejściu zwróciłam uwagę na grubasa. I oczywiście trzeba było zmienić buty na kapciuszki.
Kazano nam usiąść na brezentowych fotelach (materiał taki jak siedzenia w ikarusach) i włożyć nogi do gorącej wody. Co było zaskoczeniem, masaż stóp zaczyna się tutaj od masażu... karku.
Wygląda znajomo?
Później pan znęcał się nad moimi stopami - miejscami było boleśnie, chociaż pan i tak twierdził, że jako że jestem pierwszy raz, to i tak jest ulgowo.
Po pierwszej części masażu przyniósł gorące ręczniki i zawinął w nie nogi.
A później się zamachnął i zaczął uderzać pięściami w moje łydki. To podobno dobre na krążenie :D
Po masażu (50 zł w promocyjnej cenie) czas na grupowe zdjęcie.
I na kolację.
Byliśmy w restauracji, gdzie pośrodku jest kręcące się kółko i jedzenie jest przynoszone na jednym talerzu, a później każdy nakłada sobie do swoich miseczek. W środku było strasznie głośno. Panowie przy stoliku obok krzyczeli, a pani w krótkiej spódniczce donosiła im piwo. A przy drugim stoliku siedziały same panie i piły jakieś whisky.
To podobno lokalny zwyczaj, że jak chcesz się napić jakiegoś alkoholu po pracy ze znajomymi, to przychodzi się właśnie tutaj.
U mnie za oknem 27 stopni, pozdrowienia :)










Podzielmy się temperaturą, oddaj chociaz z 7 stopni :)
OdpowiedzUsuńMateusz