czwartek, 20 października 2011

Co tam w szkole

Żeby nie było, że tak tylko się tutaj wałęsam, postanowiłam napisać parę słów na temat moich zajęć ;-)

Po chińsku rozumiem już ceny w sklepie i umiem powiedzieć, która godzina. Ale jako że już dawno nie uczyłam się języka od zera, nie wiedziałam, jaką to może dawać satysfakcję. Na początku tylko bełkot, a teraz już jestem w stanie zrozumieć, ile mam zapłacić. Chociaż zazwyczaj zajmuje to chwilę zanim sobie przełożę z chińskiego na nasze, to nie jest źle :)

Natomiast na 'International Business Communication' (przedmiot nie do końca wiadomo o czym, ale pani mówi bardzo dobrze po angielsku, więc przyjemnie się słucha) mieliśmy mieć prezentacje na temat komunikacji w naszych krajach. Czy całuje się trzy czy dwa razy, kiedy jest sjesta i co trzeba wziąć ze sobą, jak się idzie do kogoś w gości – takie rzeczy. Zrobiłam kilka slajdów i po prostu powiedziałam w dużym skrócie, ale pani była bardzo tym podjadana. Powiedziała jeszcze, że wyglądam jak ‘movie star’ (gwiazda filmowa), tylko że nie pamięta jej nazwiska. Nie wiem, z czego wynikało jej podjadanie; myślę, że dodatkowe punkty zdobyłam za to, że reszta sobie olała. Niektórzy mówili z rękami w kieszeni, niektórzy coś czytali z kartki.

A we środy mam 'International Investments'. Zajęcia nieco kosmiczne, przez trzy godziny jestem w sali, ale myślami zupełnie gdzieś indziej. Wykłady to połączenie makro, finansów i jakichś rozkmin o stopach procentowych w azjatyckim angielskim. Nie ogarniałam tego na sghu po polsku, a co dopiero mówić tutaj, nie jestem w stanie podążać za kolesia tokiem myślowym. A pan jest dosyć śmieszny, kocha USA i dolara. Cały czas mówi, jaka to jest wspaniała waluta i dlaczego Stany nigdy nie miały problemów z inflacją. A ostatnio powiedział, że ‘z drukowania pieniędzy nic dobrego wyjść nie może’, aż chciałam zapytać co on na to z punktu widzenia USA :D Poza tym bardzo wierzy w moc konsumpcji. Na każdych zajęciach opowiada nam, gdzie w Tajpej warto robić zakupy. Przynosił już nam deklaracje członkowskie do ‘Costco’ (sklep z amerykańskim jedzeniem, kolejny jego objaw miłości do USA), wizytówki do jakieś najlepszej restauracji w mieście, do której ‘koniecznie musimy pójść między 14-16, wtedy jest taniej’. Oprócz tego dawał nam też kupony do makdonalda i raz nawet przyniósł jakieś a’la kotlety stamtąd dla każdego, bo akurat była promocja 2 za 1. I do ‘karrefur’ musimy pójść, tam też jest tanio; po czym pokazywał zdjęcia darmowego autobusu i rozkładów jazdy. I jeszcze zachwalał już drugie zajęcia z rzędu jakieś amerykańskie termosy z amazona, super promocja. 

Zachęcona jego rynkową wiedzą zapytałam, gdzie w Tajpej najlepiej kupować sprzęt elektroniczny. 
On: jaki?
Ja: no na przykład fotograficzny
On: najlepsze aparaty to aparaty sony. Ja mam jeden i nie będę musiał już innego kupować przez najbliższe 20 lat (wyciąga aparat z torby).
Ja: no dobrze, a gdzie można kupić ewentualnie aparat?
On: tak. najlepszy aparat sony, 10 zoomu optycznego. Jak zajdziesz do sklepu, to powiedz aparat sony i 10 zoomu optycznego. On jest najlepszy.
Ja: Dobrze, wiem, ale w jakim sklepie?
On: Jak ci powiedzą, że zoom cyfrowy to nie bierz, bo to nieprawdziwy. Najlepszy aparat sony.
Ja: To gdzie pan kupił?
On: Taki sklep (tu jakaś nazwa). I tam zajdziesz i aparat sony. Najlepsze aparaty, ja mam ten i nie będę już potrzebował żadnego innego, 10 zoom optyczny.

:D

A na zajęcia z 'American history' mam obejrzeć jakiś amerykański film wyprodukowany przed 1960 rokiem i napisać jego recenzję na 400 słów w odniesieniu do realiów historycznych, o których opowiada. Jak na razie odkładam to na ostatni moment, nie wiem jak to napiszę.

I jeszcze z ciekawostek to moja buddy poprosiła mnie, żebym opowiedziała o Polsce na jednych z jej zajęć. 20-25 minut prezentacji w następny piątek. Trochę nie wiem, o czym powiedzieć. Pewnie jakieś podstawowe wiadomości, ale raczej mówienie o tym, jak to Polska była pod rozbiorami nie ma sensu, wątpię, żeby oni czaili takie niuanse. Najwyżej poczęstuję ich ptasim mleczkiem i będę coś improwizować ;-)

A takie czasem mam widoki z mojego akademika. Chociaż dzisiaj rano akurat nic nie było widać - taka była mgła. Bo lało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz