sobota, 3 stycznia 2015

Pierwsza godzina Budda śpi


Co prawda z Korei już wyjechałam, ale nie opowiedziałam jeszcze stamtąd wszystkich historii. W związku z tym koreańskie posty jeszcze będą, a na razie tajski przerywnik.

Do Bangkoku przyleciałam wczoraj wieczorem. Leciałam samolotem tanich koreańskich linii lotniczych pełnym Koreańczyków. Dwie dziewczyny obok non stop robiły sobie samojebki aparatem z włączonym dźwiękiem. Najpierw przed odlotem, potem na z oknem, z którego widać Seul, potem w trakcie lotu, potem gdy już było widać Bangkok. Myślałam, że oszaleję. Korea w pigułce. Za to po drugiej stronie siedział jakiś facet, który patrzył się na mnie, jakby w życiu Europejczyka nie widział. Po czym dał mi mandarynkę i dwa koktajlowe pomidorki (w Korei to jako deser jedzą). Nawet się na koniec rozczuliłam. I w sumie już tęsknię za tym krajem, gdzie wifi jest nawet na ulicy, a kartą można płacić nawet w największej dziurze.

Ale wracając do Bangkoku. Jak można było się domyślić, dwa plecaki mnie zniszczyły, tym bardziej, że gorąco. Ale do hostelu jakoś dojechałam. W Seulu, jak wyjeżdżałam, było prościej, bo pomógł mi znajomy z cerkwi. No i zawsze mogło być gorzej, bo kilka par butów i książki zabrała ode mnie Marta.

Z hostelu dziś rano wyszłam podjarana, miasto przypominało trochę Kuala Lumpur, przypomniały mi się moje poprzednie wojaże. Na początek pojechałam na weekendowy rynek, który poleciła dziewczyna z hostelu.


Dużo ludzi, upał. Jakoś nic specjalnego,ale przynajmniej coś tam zjadłam. Dużo street foodu. Tego żółtego to nawet nie zjadłam. To owoce morza, kupiłam dwa różne patyki, ale pani po podgrzaniu zamoczyła jest w tym garnku z sosem z papryczek chilli. Spróbowałam kawałek, nie dało się tego jeść. W ustach pali, oczy zaszły łzami, w nosie katar. Wypiłam pół litra wody i dalej nie mogłam zmyć tego ostrego smaku. Jak oni to jedzą? Nie zdziwiłabym się, jakby od ostrego jedzenia można było umrzeć. Niestety z przekąski musiałam zrezygnować. Plusem jest, że jedzenie tanie. 2-6 zł. Taniej niż na Filipinach, przynajmniej w mieście. Nie wiem jeszcze, jak będzie w kurorcie.





A tu akurat pani wszystkim rzucała dużo suszonych papryczek chilli do tego, mi wrzuciła małą, a i tak było ostre.


Następnym punktem była historyczna dzielnica z pałacem i świątyniami. Było to po drugiej stronie miasta, pożałowałam na tuk tuk, a metro tam nie jeździło. Myślę, pójdę z buta. Niestety był to błąd, bo okazało się, że to totalnie daleko. Lazłam na pewno godzinę, i tu już Bangkok wyglądał gorzej.

W miejscu, gdzie krzyżują się dwie linie kolejki, jest wielki kompleks handlowy. Wielki galerie, wszystkie ekskluzywne marki świata. I kolejka do Louis Vuitton. Naprawdę, jak w Kuala Lumpur.


Ale po wyjściu ze strefy tych megacentrów zaczyna się robić gorzej. Jakieś stare budynki, brudne strasznie, okna pozabijane. I strasznie śmierdzi spalinami. Byłam już zmęczona, coraz gorzej to wyglądało, myślę, wezmę taksówkę albo tuk tuka. Ale jak na złość ulica, która prowadziła do historycznej części, była jednokierunkowa i to nie w tę stronę, co trzeba. Nie miałam więc wyboru i lazłam dalej.





Doszłam do Jakiejś Świątyni.








Wszystko to było w drodze do Pałacu Królewskiego, który okazał się być otwarty tylko do 15:30. A to już było po, więc będę musiała tam wrócić, bo naprawdę wyglądał imponująco. Na zdjęciach gorzej. Niedaleko była kolejna świątynia.






Zamknięty pałac.



I pad thai w między czasie, bardzo dobry, dość słodki i dużo orzechów.

I kolejna świątynia, tym razem z wielkim leżącym Buddą. W tajskich świątyniach trzeba zdejmować buty z szacunku do Buddy. Tu ja z butami w reklamówce, jak ofiara losu.
















PS Internet w hostelu to jakiś koszmar, zdjęcia się ładują po piętnaście minut. A w Korei, to internet...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz