piątek, 30 stycznia 2015

Krabi Ao Nang


Zacznijmy od rozwiania paru mitów o Tajlandii.

Zdziwienie pierwsze. Tajlandia to taki piękny kraj, rajska niebieska woda i drewniane łódki.

Szybka wizyta w Bangkoku może dawać takie mylne wrażenie. Buddyjskie świątynie robią wrażenie, więc wydaje się, że jak tylko wyjedzie się gdzieś za miasto, będzie mniej zabudowań i spalin, to będzie jak ze zdjęć. Tak może jest i na północy kraju (Chiang Mai, tam nie byłam), ale na południu na pewno nie.

Z Bangkoku poleciałam do Krabi, prowincji na wybrzeżu Morza Andamańskiego. Na trzy dni zatrzymałam się w Krabi Ao Nang, turystycznej miejscowości. I tu pierwsze zdziwienie. Tajlandia nie wygląda jak ze zdjęć, które wcześniej widziałam. Budynki brzydkie, chaszcze, jakieś budowy. Plusem było, że nie tak dużo walających się śmieci. No i że hotele w sumie niewysokie, nie ma masakry jak w Bułgarii na przykład.

Plusem były też ceny, całkiem tanio jak na kurort. Widać, że to taki kurort z przymrużeniem oka trochę chyba, pewnie bogaci ludzie z zachodu to jeżdżą do jakichś zamkniętych hoteli z prywatnymi plażami. Tu za to można było spotkać wszelkiego rodzaju brudasów.

W ogóle Tajlandia to najbardziej turystyczny kraj, jaki w życiu widziałam. W Bangkoku w metrze połowa ludzi to turyści, a na południu pełno było backpakersów i ludzi, po których było widać, że od roku są w podróży. Hostele próbowały się reklamować tym, że jest u nich czysto, a środku wisiały ogłoszenia o pozbywaniu się wszy po przyjeździe z krajów typu Kambodża czy Laos. Tu naprawdę trzeba było już uważać z wyborem hosteli.




Zdziwienie drugie, Tajlandia tutaj nie wygląda jak Tajlandia, na pewno nie taka jak w Bangkoku. Świątyń jak na lekarstwo, za to dużo meczetów, a kobiet mają pozakrywane głowy. W ogóle ludzie wyglądają inaczej niż w Bangkoku, bardziej po malezyjsku, powiedziałabym. A w restauracjach nie sprzedają wieprzowiny.

Za to pod meczetem codziennie był targ, na którym można było kupić bardzo tanie jedzenie. Widać było, że w tej miejscowości mieszkali też jacyś śmiertelnicy. Mango sticky rice (ryż z mango i słodkim mlekiem) za 3 zł. Mmm.

Co do niebieskiej wody i łódek, to też się trochę zawiodłam. Plaża w miejscowości była spoko, ale dupy nie urywała. Była bardzo wąska, szybko robił się odpływ, więc po południu trzeba było iść kilkanaście metrów, żeby móc popływać w płytkiej wodzie. Pan z hostelu polecał za to odwiedzenie Railay Beach, gdzie można było dopłynąć tajską łódką za 10 zł w jedną stronę. Tam już było trochę lepiej.







Posnułam się trochę jeszcze po okolicy, ale stwierdziłam, że czas chyba jechać gdzieś dalej. Następnym przystankiem była Koh Lanta. Tam spędziłam moje urodziny!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz