wtorek, 6 stycznia 2015

Nowy Rok



Ostatnie dni w Korei spędziłam z Martą, kilka razy dołączył do nas też Iwan.
Z Martą udało nam się pójść do Leeum Samsung Museum of Art, ale zdjęcia stamtąd są na karcie pamięci z Marty aparatu, która utknęła pod obudową komputera. W Lonely Planet polecali tę galerię, w sumie już dawno chciałam tam pójść. Najpierw zaliczyłyśmy z Martą falstart, bo wybrałyśmy się tam w poniedziałek, a jak to z muzeami bywa, są zamknięte. Później wpadłyśmy na pomysł, żeby iść do muzeum historycznego. To muzeum też niestety było zamknięte, bo przecież poniedziałek kurde :D

We wtorek udało się nam dotrzeć do Leeum Samsung. Warto było, świetna architektura budynku, a jak na Koreę, to nawet wybitna (to miasto, jak i inne miasta azjatyckie, jest naprawdę brzydkie). W środku dwie części, jedna z koreańską starą porcelaną i jakimiś królewskimi koronami z ósmego wieku, a druga ze sztuką nowoczesną, bardzo fajnie zaaranżowane wszystko.

Mam nadzieję, że więcej zdjęć dorzucę niedługo.

[update]





Z sylwestrem się trochę woziłyśmy, ale jakoś nie było dobrego pomysłu na jego spędzenie. Parę osób mi mówiło, że Koreańczycy w sumie nie świętują tego nowego roku, co najwyżej spotykają się z rodziną na kolacji, ale ważniejszy jest dla nich Chiński Nowy Rok. Trochę w to nie wierzyłam, ale w sumie. Pierwotnym planem było pójście na Itaewon (dzielnica międzynarodowa) i tam siedzenie w jakimś barze do 5:30 rano, czyli do pierwszego metra. Miałyśmy się nawet jakoś ładniej ubrać. Koniec końców umówiłyśmy się z Iwanem na kolację niedaleko Myongdongu, i tam poszliśmy do jakiegoś pustego baru. Z ubieraniem się też nic nie wyszło, bo na wieczór zaczął się zbierać tak przeraźliwy mróz, że zostałam w bluzie, tyle że założyłam dodatkową warstwę pod spód.





Marta wspomina rok w Chinach. 

I polski akcent dzięki Marcie i prezentom z Polski. Dostałam też stylowy zegarek na szyję z hello kitty.



Marta strasząca małoletnich.

Jeśli chodzi o północ, to oprócz nas zauważył ją jeszcze jeden stolik. Wstali, odliczyli 3, 2, 1 i usiedli. Reszta miała w nosie, obsługa też. My chcieliśmy o północy iść na podwórko, ale zanim się obejrzeliśmy, nie było już czasu. Więc dalej siedzieliśmy w barze. Obsłudze nasza cytrynówka nie przeszkadzała, Iwan twierdził, że przez to, że jesteśmy z zagranicy.

Hitem wieczoru były żarty z Iwana, że jest Koreańczykiem. Bo jak imię wskazuje, pochodzi z Rosji.

Posiedzieliśmy do pierwszej i poszliśmy, bo metro miało być niby do 1:30.

Niestety metro w moją stronę dojechało tylko do stacji wcześniej i powiedzieli, że dalej nie jedzie. I nic już nie pojedzie. Zostało mi łapanie taksówki. Mróz był masakryczny, wiał straszny wiatr. Próbowałam coś złapać przez 40 minut, chyba z dziesięciu kierowców mnie spławiło, jak mówiłam, gdzie mają mnie zawieźć. Zresztą zawsze tu był problem, nigdy nie wiedzieli, gdzie jest nasz uniwersytet, nawet jak się dawało wizytówkę z adresem po koreańsku. W końcu jakiś kierowca się nade mną zlitował, nawet przeprowadziłam z nim minirozmowę w moim szczątkowym koreańskim.

W nowy rok spotkałyśmy się z Martą na tradycyjnej koreańskiej herbacie w tradycyjnej koreańskiej kawiarni.





A na kolacji dołączył do nas Iwan, tym razem ze swoją koleżanką, pół-Amerykanką. Niestety korean barbecue był jakiś średni, a Marta nawet go chyba odchorowała.



Po kolacji poszliśmy jeszcze z Iwanem i jego koleżanką na bilard. To popularna rozrywka w Korei, a Iwan strasznie chciał, żeby z nim grać. Ostatnim razem zapierałam się, że nie będę się kompromitować, jak grali z Amerykaninem. Tym razem nie miałam wyboru, bile latały po stole.

I to był mój ostatni dzień w Korei, następnego dnia było już tylko pakowanie i wyjazd.

Strasznie się cieszę, że Marta przyjechała, spędziłyśmy kilka fajnych dni razem z Iwanem. I piszę to do Was wszystkich, którym mówiłam, żebyście mnie odwiedzili w Korei, a mieliście jakieś durne wymówki. I do mojego brata ciotecznego, co to zapowiadał się już na sto procent z dziewczyną. Przycięliście i macie, czego żałować!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz