Koreę Północną i Południową dzieli czterokilometrowa (po dwa kilometry w każdą stronę) strefa zdemilitaryzowana. Ustanowiona w 1953 roku po wojnie koreańskiej ma pełnić rolę strefy buforowej między dwoma krajami. Nazwa podobno myląca, bo znajduje się tu najbardziej zmilitaryzowana granica na świecie i największe na świecie pole minowe. I od jakiegoś czasu można tam pojechać na wycieczkę.
[wikipedia]
Na wycieczkę do DMZ pojechaliśmy dzień przed wigilią. My, czyli ja, Niemiec i Dziewczyna Niemca. Na wyjazd załapaliśmy się fartem, bo zanim się ogarnęliśmy, to wszystkie terminy w okolicy świąt i sylwestra były już wykupione. Nie spodziewaliśmy się, że tyle osób chce tam przed świętami pojechać. Ale wpisaliśmy się na listę rezerwową i trzy dni przed wycieczką zadzwonili do nas z biura podróży, że możemy jechać.
Wycieczka składała się chyba w siedemdziesięciu procentach z Amerykanów. Mówiąc szczerze nigdy w życiu nie widziałam i nie poznałam tylu Amerykanów, co w Korei. Zajmują się tu dwoma rzeczami: albo, jak się można spodziewać, uczą angielskiego, albo są wojskowymi (w Korei ciągle stacjonują amerykańskie wojska). Oczywiście z uczeniem angielskiego nie ma żadnego problemu, możesz być hydraulikiem, ważne, że jesteś Amerykaninem. Ale to temat na dłuższą rozkminę.
Pierwszy punkt kontrolny.
Pierwszą atrakcją wycieczki jest ostatnia stacja kolejowa przed Koreą Północną. Zbudowano ją nie tak dawno, za czasów ocieplenia między Koreami. Z tego, co zrozumiałam, swego czasu pociąg jeździł do miejscowości w Korei Północnej, gdzie Koreańczycy z południa mają jakąś fabrykę, gdzie korzystają z taniej siły roboczej Koreańczyków z północy. Ale chyba coś im się tam ochłodziły stosunki i teraz już pociąg nie jeździ, stacja jest tylko atrakcją turystyczną. Ale oczywiście mówią, że jak już z Koreą Północną będzie normalnie, to będzie można stąd dojechać do Pjongjangu.
Za to wizyta na tej stacji uświadomiła mi, że przez sytuację z Koreą Północną Korea Południowa jest tak naprawdę wyspą. Nie ma dostępu lądowego do reszty Azji i dalej do Europy. Na stacji była mapa, jak to będzie kiedyś pięknie, jak już będzie można z Seulu przez Pjongjang dojechać do Berlina.
[Tory do Korei Północnej]
Następną atrakcją była wizyta w tunelu (jednym z czterech odkrytych), który Koreańczycy z północy wykopali żeby zaatakować Seul. Ostatni odkryto w 1990 roku.
Przed wizytą w tunelu puszczono nam film o wojnie koreańskiej, DMZ i tunelach. Film nakręcony był w najgorszy amerykańskim stylu, z jakąś durną muzyką i kretyńskim amerykańskim lektorem. Jak rozumiem wycieczka stargetowana na jeden naród.
Przed wejściem do tunelu dostawało się żółte kaski i po platformie schodziło się długo w dół. Kaski rzeczywiście się przydały, bo tunel był bardzo niski. Wyglądał, jakby był wydrążony w skale, na żółto pozaznaczane były dziury na dynamit, albo tak przynajmniej mówili na wycieczce. Dochodziło się tym tunelem aż do granicy obu Korei, gdzie była żelazna ściana, którą Koreańczycy z południa zablokowali tunel po jego odkryciu. W sumie nic tam podniecającego w tym tunelu nie było, ale jak się pomyśli, że ci szaleńcy stamtąd to wydrążyli, żeby przerzucić tamtędy wojska, i to wcale nie tak dawno. I to jeden z czterech odkrytych tuneli. Pytanie, czy jest coś jeszcze nieodkrytego.
[Pamiątki ze sklepu.]
Pomnik zjednoczenia Korei.
Następny przystanek to obserwatorium, z którego miało być widać Koreę Północną. Ale jest zima i nie było, niestety. Widać było za to rzekę i jakieś chaszcze.
Ostatnim punktem wycieczki była wizyta w JSA (Joint Security Area), która jest jedynym punktem stycznym między obiema Koreami. Stacjonują tam wojska amerykańskie i znajdują się budynki, w których prowadzone są negocjacje. Przed wjazdem czekaliśmy w kolejce na kontrolę paszportów. Czułam się trochę, jak na granicy z Białorusią. Po kilkudziesięciu minutach przyszedł Bardzo Ważny Amerykański Żołnierz i sprawdził nasze paszporty. Obywatele nie wszystkich krajów mogą tu wjechać, na ten przykład Rosjanka z wymiany, jak była na tej wycieczce, musiała wypełniać dodatkowe dokumenty i dokładnie ją sprawdzali. Po wjechaniu na teren JSA kazali nam zostawić wszystko w autobusie i poszliśmy do budynku. Tam podpisaliśmy papiery, że nie będziemy zaczepiać północnokoreańskich żołnierzy i Bardzo Ważny Amerykański Żołnierz pokazał nam prezentację na temat JSA. Ten typ miał chyba najgorszy amerykański akcent, jaki w życiu słyszałam. Nie wiem, czy to jakiś, kuźwa, teksański, czy gdzie on tam krowy pasał, ale koleś tak bełkotał, że zrozumiałam może z 40 procent. Później pytam Niemców: ej, on mówił o jakimś incydencie z sowieckim szpiegiem, o co tam chodziło? Niemcy: eee, a on coś w ogóle o tym mówił? Oni też typa nie zrozumieli, a mówią lepiej po angielsku ode mnie. Nie wiem dlaczego, żołnierz z takim wstrętnym akcentem oprowadza wycieczki.
Po pogadance wyszliśmy z budynku, przeszliśmy do następnego, tam kazali nam się ustawić w dwuszeregu i iść wężykiem za Panem Żołnierzem. Cisza, poważna atmosfera. Wyszliśmy z budynku, kazali nam się znowu ustawić w dwuszeregu. Przed nami ścisła granica, niebieskie budynki konferencyjne stoją dokładnie na granicy, biały budynek w tle to już Korea Północna.
Pan Żołnierz Amerykański mówi: możecie robić zdjęcia stronie północnokoreańskiej, nie możecie robić zdjęć budynkom południowokoreańskim. To akurat było totalnie dziwne. Selfies dozwolone. A to już było kuriozalne. Tu granica, wszyscy w ciszy chodzą wężykiem, żadnych rzeczy nie można mieć ze sobą, pola minowe, bomby atomowe, a typ mówi, że może samojebka z Koreą Północną. A czemu by i nie. Bo to totalnie niedorzeczne.
Pan Żołnierz twierdził, ze w białym północnokoreańskim budynku za szybą siedzą żołnierze, którzy nas wszystkich nagrywają i analizują. Nie wiem, na ile to prawda, biorąc pod uwagę fakt, że codziennie na takie wycieczki przyjeżdża kilkaset osób. Ale z drugiej strony z tymi szaleńcami też nigdy nic nie wiadomo. Zdziwiło mnie tylko to, że po stronie południowej żołnierze stali w pozycji bojowej, po stronie północnej za to żołnierze się przechadzali, rozmawiali coś ze sobą, wchodzili i wychodzili z budynku, totalny luz.
[Stół konferencyjny stoi dokładnie na granicy państw.]
Po wizycie w baraku konferencyjnym Pan Amerykański Żołnierz zabrał nas do punktu obserwacyjnego, gdzie Koreę Północną było widać trochę bardziej. Widoczny był maszt z flagą i tzw. wioska propagandowa, którą północnokoreańczycy zbudowali, żeby pokazać, jak im się dobrze żyje. W wiosce nikt nie mieszka, a budynki to wydmuszki, w środku są puste, a widać to po tym, że w nocy zapala się tam światło, ale widać, że najmocniejsze jest w jednym miejscu, a im dalej od jednego punktu, tym ciemniej. Więc widać, że w środku budynek jest pusty, nie ma żadnych pięter, czy ścian.
A za górami za wioską podobno są rakiety, które wycelowane są w Seul i są w stanie zniszczyć miasto w 8 minut. (A Seul ma 25 milionów mieszańców.)
I most bez powrotu (bridge of no return), gdzie po wojnie wymieniano więźniów.
Na koniec zajechaliśmy do jakiejś restauracji, już poza JSA oczywiście, gdzie można było coś zjeść. Ale Niemcy byli już umówieni, z Koreańczykiem, który wychował się w Niemczech i miał ich zabrać do jakiejś restauracji. Postanowiłam, że do nich dołączę, więc wizytę w tej knajpie pominęłam, mimo że byłam dziko głodna.
Po dwóch godzinach dojechaliśmy z powrotem do Seulu. I warto było czekać. Spróbowaliśmy kilku rzeczy, ale najbardziej zajebista była półsurowa wołowina, pod spodem miała cebulę i tak się ją maczało w sosie obok. Choć to podobno japoński bardziej niż koreańskie. Mhmm.





























Grubo
OdpowiedzUsuń