Dawno tu nic nie wrzucałam. Zaczęłam nawet pisać jakiś tam post o uniwersytecie, że nic się nie dzieje, tylko zajęcia, a tu się okazało, że w piątek pojechałam w góry. Chociaż może to za dużo powiedziane, bo to góry wciąż w obrębie Seulu.
W środę napisała do mnie Maria, dziewczyna z Rumunii, która poznałam w cerkwi i która, okazało się, mieszka stację dalej ode mnie. Zapytała, czy chodzę po górach. Mówię, że w sumie nie, i że sportowa też nie bardzo jestem, ale mogę spróbować.Tym bardziej, że to miało być jakieś 4-5 godzin w dwie strony.
Rano było dość pochmurnie, ale wyjścia nie odwołałyśmy. Umówiłyśmy się pod jej uniwersytetem, był jeszcze z nami jej koreański kolega z siłowni. Tak, to towarzystwo dla mnie^^
Do Parku Narodowego Bukhansan najpierw jechaliśmy godzinę jednym autobusem, później przesiedliśmy do drugiego autobusu, który oficjalnie był autobusem świątynnym (dowoził do świątyni przy wejściu na szlak), w związku z tym musieliśmy zamiast biletu wrzucić pieniądze do skarbonki obok buddy.
Ja z Marią przed wejściem na szlak, niestety na zdjęciu nie widać jej profesjonalnych butów do chodzenia po górach, a moich adidasików.
O, tu widać.
Do miejsca, gdzie można było odpocząć szliśmy jakieś półtorej godziny. Było to coś stylu kamiennych schodów w lesie, parę odcinków drewnianych schodów i trochę skał, gdzie trzeba było przytrzymywać się liny. Myślę, spoko, nie tak źle. Przy schronisku zrobiliśmy sobie przerwę na gimbap, coś w stylu koreańskiego sushi, czyli ryżu i warzyw zawiniętych w sprasowane wodorosty.
Maria z kolegą wypili nawet po piwie, ja myślę nie, lepiej nie. Ale może powinnam była łyknąć trochę, bo ostatni odcinek okazał się masakryczny. Mieliśmy iść tylko pół godziny, ale skończył się las, a zaczęła się skała. Nawet nie skały, tylko jedna wielka stroma skała. Z boku były metalowe liny, których trzeba było się trzymać. O mamma mia.
Ja oczywiście profesjonalnie przygotowana, w ogóle nawet za bardzo tej góry nie googlowałam. Jak Maria napisała mi, ze to Bukhansan, zobaczyłam, że widok ładny, najwyższy szczyt w Seulu, popularne miejsce do chodzenia po górach. Wzięłam kurtkę, bluzę i tyle. Maria miała natomiast rękawiczki, który okazały się kluczowe. Pożyczyła mi jedną, bo od łapania metalowych lin gołymi rękami strasznie bolały dłonie.
Oczywiście inni Koreańczycy na szlaku byli ubrani w North Face od stóp do głów. W ogóle Koreańczycy uwielbiają outdoorowe gadżety.
Może żebym bardziej się górze przyjrzała wcześniej, to bym założyła zimowe buty. Choć jakbym zobaczyła te strome skały, to chyba bym się jednak na wyjście nie zdecydowała. Ale widoki oczywiście były super, wiadomo, że na zdjęciach tak tego nie widać.
Całe szczęście, że wzięłam ze sobą kurtkę i sweterek, który posłużył mi za szalik, bo na samej górze strasznie wiało.
Niestety zbyt spektakularnych zdjęć na górze nie mam, bo to chyba była ta wysokość, na której mam już lęk wysokości. Maria z Danielem robili sobie zdjęcia na różnych skałach i z super widokami, ja siedziałam kurczowo trzymając się liny i robiło mi się słabo jak na nich patrzyłam. I na tym zdjęciu to niestety nie ja.
W sumie to mieliśmy naprawdę szczęście z pogodą, było cały czas pochmurno, ale nie padało. No i w sumie dobrze wyszło, że nie świeciło słońce, pewnie gorzej byłoby wchodzić.
Po pięciu godzinach znowu wsiedliśmy do autobusu obok buddy i pojechaliśmy w dół. Dopiero w autobusie poczułam, jak jestem superzmęczona. Nogi miałam jak z drewna. Ale później poszliśmy razem na kolację, więc było już lepiej.
(Mamo, Tato, tak wygląda moja dieta tutaj.)
A po powrocie do akademika dołączyłam nawet do reszty exchangów na festiwalu kpopu na pobliskim uniwersytecie. A potem siedziałam na dachu akademika do 3:30.
I chyba nie muszę mówić, że ledwo dziś chodzę po schodach.
(Pewnie dorzucę więcej zdjęć później, jak dostanę ich więcej z Marii aparatu).




















Na jednym zdjęciu masz niezły fryz :D
OdpowiedzUsuńJak chcesz to mogę Ci wysłać zupkę chińską robioną w Radomiu. Zastanawiam się czy na poczcie nie cofną.