Sobota minęła mi w sumie nie wiem na czym. Ale sukcesem jest, że mam już prześcieradło i kołdrę. Powiedzmy, że w przeciętnych cenach. Pół dnia spędziłam w kolejnym centrum handlowym, ale tym razem poradziłam sobie nawet nieźle.
W niedzielę wstałam po siódmej rano, żeby iść do cerkwi. Wiedziałam tylko od kogoś tam, że o 8.30 miała być jutrznia, a potem liturgia. Nie miałam pojęcia, co to znaczy koreańska jutrznia w wersji greckiej i ile to może trwać. Dojechałam na 9.20. W cerkwi była garstka ludzi, chór coś śpiewał (po koreańsku). Nie wiedziałam, co się dzieje W OGÓLE. To była masakra, siedzisz jak na tureckim kazaniu i nie ogarniasz. Nie wiedziałam, czy to jutrznia, czy to liturgia już taka.
W pewnym momencie biskup wyszedł z Ewangelią i ludzie ustawili się w kolejkę do całowania (w sensie trzymał ją w rękach, a ludzie podchodzili). Aronou, czy to greckie, czy koreańskie. U nas tak nie widziałam. Koło 10 za to zaczęli się schodzić ludzie, bo okazało się, że liturgia jest właśnie o dziesiątej (taaak, następnym razem już będę wiedziała). Dużo Ruskich, aż byłam zaskoczona, bo gdzieś czytałam, że mają swoją kaplicę, gdzie jest ksiądz z Rosji. Ale może jest na wakacjach, czy jak.
Wyszły mi jakieś kiepskie zdjęcia, następnym razem postaram się bardziej. Na fresku na dole postacie w tradycyjnych koreańskich strojach.
Sklepik przy parafii był całkiem nieźle zaopatrzony. I nie miał brzydkich ikon!
Na koniec liturgii było kazanie biskupa po grecku, diakon tłumaczył na koreański. Oczywiście w żadnej wersji nie było zrozumiale. O, jeszcze z nietypowych rzeczy, to Eucharystii udzielali z dwóch kielichów, z jednego biskup oczywiście, z drugiego diakon. Tego też jeszcze nie wiedziałam
Cerkiew w sumie jest mała, ale bardzo ładnie wykończona. Freski bez krzywych twarzy, drewniane drzwi i ceglane motywy. Budynek cerkwi otoczony jest budynkami metropolii, a teren parafii stanowi jakby zamkniętą działkę. Obok widziałam też kilka innych kościołów. W ogóle w Korei krzyże rzucają się w oczy.
Miałam nadzieję, że po Liturgii będzie jakieś coffee hour (nie powiem, liczyłam też na darmowy obiad). Ale ludzie wyszli z cerkwi, część się od razu rozjechała, część stała jeszcze pod cerkwią i rozmawiała. Nie wiem, może dlatego, że wakacje, czy jak? Szkoda by było, jakby nic nie było. Bo tak nikogo nie dało się poznać. A do mnie też nikt nie zagadywał, pewnie założyli, że jestem Rosjanką. Nawet diakon przy Eucharystii powiedział do mnie "imia".
W sumie wszystko wygląda porządnie, cerkiew ładna, budynki zadbane. Ale kaplica w mieszkaniu na Tajwanie też miała swój urok. Choć pamiętam, że na początku byłam w niezłym szoku.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz