To miał być w zamierzeniu długi post. Ale jest siedem minut po północy czasu koreańskiego, a ja muszę wstać jutro o szóstej. Rano. Więc zobaczymy, jak mi pójdzie.
Ostatni tydzień to były zajęcia (o tym napiszę pewnie dopiero za tydzień). W piątek za to poszliśmy do Dongdaemun Plaza - bardzo drogiego budynku o nie znanym mi przeznaczeniu. Budynek zaprojektowany przez Zahę Hadid rzeczywiście robi wrażenie - schody, przestrzenie, żadnych kantów i ostrych kątów. I wszystko nowe, wciąż pachnące remontem.
Nasza grupa (w sensie studentów z wymiany) była tam umówiona na lekcję o Korei. Panie w tradycyjnych strojach coś tam opowiadały i kazały nam oglądać 15-minutowe filmiki o jakichś starych koreańskich dzwonach i o tym jak Korea jest zajebista, jeśli chodzi o rozwiązania techniczne. Filmiki są może spoko na youtubie, ale tam były za długie i było ich za dużo. Najfajniejsza częścią całego wyjścia było mierzenie koreańskich strojów (choć robiłam to już, jak byłam w Busan).
Chciałoby się powiedzieć, ze to wszyscy studenci z wymiany. Ale w sumie to wszyscy studenci oprócz Francuzów, którzy przedstawiają podejście 'ajdontgiwedemn', czyli mają generalnie wywalone jajco na wszystko. I po prostu na wyjścia tego typu nie przychodzą. Do tej pory nie było ich na żadnym iwencie organizowanym przez uniwersytet. Bo po prostu muszą się wyspać rano. Logicznie, nie?
Po mierzeniu strojów poszliśmy na obiad, na szczęście fundowany przez szkołę. Bo miejsce wyglądało naprawdę na drogie. Cienko krojona surowa wołowina, którą się maczało w zupie, która się gotowała na stole i bufet all you can eat (jesz, ile chcesz).
W sobotę w akademiku było cicho, bo wszyscy odsypiali piątkowe pląsy. Generalnie studenci z wymiany imprezują bez przerwy. To już nawet nie chodzi o wytrzymałość. Bo skąd oni mają tyle kasy? Bifor w akademiku, wejście do klubu, drinki, powrót taksówką. I tak od tygodnia. Ale, jak rozumiem, takie uroki życia w Europie Zachodniej.
W związku z tym, że wszyscy spali i raczej nie znalazłabym chętnego (moja współlokatorka wróciła o szóstej rano) pojechałam sama nad rzekę Han. Rzeka, jak Wisła, dzieli Seul na dwie części. Ja mieszkam po północnej stronie. Czy patrzeć na to, jak na warszawską Pragę, jeszcze nie wiem ;-)
[Seul i moje stopy.]
Miejsce było naprawdę super, bulwary z prawdziwego zdarzenia. Widać, że zainwestowano tam dużo pieniędzy. Szerokie ścieżki rowerowe wzdłuż rzeki, trawa, baseny z wodą. Ludzie leżeli na kocach na trawie, pili, jedli, można było wypożyczyć rowery. Co i ja zrobiłam (choć z godzinnym poślizgiem, gdyż najpierw próbowałam wypożyczyć rower miejski, okazało się to dla obcokrajowca superskomplikowane). Było naprawdę super przejechać się wzdłuż rzeki. Pojeździłabym nawet dłużej, ale słońce przygrzewało, a ja nie miałam nic na głowę.
No i rower był rozmiaru azjatyckiego. Miałam na maksa wyciągnięte siodełko a i tak było za nisko.
Śmieszne było to, że ludzie mieli porozstawiane tam namioty. Niektórzy, żeby chyba być w cieniu, namioty rozstawili pod mostem.
Jak zbierałam się stamtąd koło szóstej, to schodziło się coraz więcej ludzi, a przy ulicy rozstawiali się ludzie z zimnym piwem i jakimiś przekąskami. Naprawdę fajne miejsce.
Dzisiaj za to rano poszłam do cerkwi, tym razem na dziesiątą. Nie było biskupa (podobno jest w Grecji), był za to koreański ksiądz. Tak ja poprzednio, nie rozumiałam nic, ale ominęła mnie na szczęście jutrznia. Bardziej ja ją ominęłam.
Bez biskupa nabożeństwo poszło sprawniej, nie było też Rosjan. Później dowiedziałam się, że wrócił już ich ukraiński ksiądz, więc służą w kaplicy obok. Oczywiście w starym stylu.
Po liturgii ludzie zaczęli przechodzić do budynku obok, myślę: muszę do kogoś zagadać, to musi być jakaś coffee hour. Ale ciągle szli jacyś Koreańczycy w średnim wieku, podejrzewałam, że z angielskim może być ciężko. Szczęśliwie trafiłam na Amerykanina, który powiedział mi, że to nawet nie coffee hour, a obiad. Czad!
Dzięki Amerykaninowi poznałam też innych ludzi, w tym pół-Rosjan oczywiście. Było bardzo sympatycznie, po obiedzie poszliśmy na kawę.
Dowiedziałam się, że podejrzewali mnie o bycie Rosjanką, ale mój brak chustki na głowie był bardzo mylący.
I miałam dziwne wrażenie, że jeden z parafian był już bliski oświadczenia mi się, ale o tym następnym razem.
Muszę wstać jutro o szóstej rano, bo jedziemy do Busan (drugie największe miasto Korei). Będę tam do czwartku, kiedy to polecę na Jeju, podobno tropikalną wyspę. I wracam w następny poniedziałek. A zajęciami się nie muszę martwić, bo do środy jest koreańskie święto Chuseok i nie ma zajęć. A w czwartek i poniedziałek zajęcia jakby ominę.
Do usłyszenia za tydzień!










Który na zdjęciu to Twój amant?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam wszystkie koleżanki koreanki :D
OdpowiedzUsuń