uniwersytecie.
KAIST to skrót od Korea Advanced Institute of Science and Technology. Jest to szkoła szkoląca inżynierów i jej główny kampus znajduje się w Daejeon, na środku mapy Korei. W Seulu jest natomiast KAIST College of Business, czyli wydział powiedzmy okołoekonomcziny. Sam KAIST jest podobno bardzo elitarną szkołą, w związku z tym, jak odpowiada się na pytanie, gdzie studiujesz, i mówisz, że w KAIST, reakcją Koreańczyków jest zazwyczaj: ooooo, musisz być bardzo mądry. I podobno robi wrażenie na dziewczynach w klubach (tak słyszałam od pozostałych exchangów).
Mam jednak wrażenie, że elitarność szkoły dotyczy jedynie głównego kampusu. College of Business oferuje różne wariacje MBA, ale mam wrażenie, że chodzi o głównie o ilość, nie jakość. W związku z tym cały czas musimy coś czytać, jest trylion esejów do napisania (męczę się z tym trochę) i cały czas są jakieś prace w grupach. Ja na szczęście dość rozważnie wybierałam swoje przedmioty, więc, jak na razie, tylko jeden jest dość problematyczny. Ale Niemcy, na przykład wzięli 5-6 przedmiotów, i wszystkie bardzo upierdliwe. A jako że w Niemczech liczą się oceny (jak starasz się o pracę, musisz złożyć wykaz ocen), Niemcy uczą się tu jak szaleni.
Ja, dzięki hojnemu sghowemu przelicznikowi, musiałam wziąć tylko 3 przedmioty. Zajęcia są dwa razy w tygodniu po 1,5 godziny.
Biznes i zarządzanie we wschodniej Azji - całkiem ciekawy przedmiot, ale właśnie najbardziej upierdliwy. Jak do tej pory napisałam już dwie prace (dlaczego gospodarka japońska jest wciąż w stagnacji i praca o najbogatszym człowieku Azji, Li Ka-Shingu), przeczytałam jakieś 100 stron publikacji i na poniedziałek mam kolejną pracę na temat wielkich firm zajmujących się handlem i logistyką w Chinach.
Koreański dla początkujących - najłatwiejsze 10 ectsów ever w mojej karierze. Powtarzamy cały czas za panią, jest zabawnie, ale postęp, jeśli chodzi o język, mam minimalny. Chińskiego na Tajwanie jednak musiałam się trochę uczyć, tu - nie bardzo.
Rozwój i przemiany społeczne w Korei - pan cały czas coś opowiada, na szczęście na razie nie trzeba nic robić, ale będzie egzamin w połowie semestru i praca na 15 stron na zaliczenie. Tempo trochę z byt wolne, w związku z tym na wykładach często jestem myślami gdzie indziej.
Jedną z, wydawałoby się, fajniejszych rzeczy tutaj, są laby. Czyli pomieszczenia, gdzie każdy student ma swoje biurko i może się uczyć. W jednym pokoju jest 14 biurek, a jako że dużo trzeba robić, studenci KAIST spędzają tu dużo czasu. W labie mojego mentora (miejscowego studenta, który ma się mną opiekować, na Tajwanie zwanego buddym) jest nawet łóżko. A szkoła jest otwarta 24 godziny na dobę.
Wczoraj mieliśmy labową, integracyjną kolację. Najpierw mieliśmy przygotować prezentację w power poincie o sobie, a potem poszliśmy do knajpy. W moim labie jest 3 studentów z wymiany (ja czwarta), reszta to Koreańczycy. Większość z nich, jak się dowiedziałam, jest inżynierami, jeden na przykład budował telewizory w LG. I większość z nich też jest starsza, bo studiowała, potem pracowała, a teraz w KAIST robi MBA. Poza tym mężczyźni dość późno wchodzą w Korei na rynek pracy, bo muszą obowiązkowo zrobić dwa lata wojska.
Poszliśmy do restauracji, dość drogiej w sumie, ale jedzenie było naprawdę wyśmienite. Dostaliśmy pieczoną wieprzowinę, Koreańczycy twierdzili że to noga, nie wiem, nie orientuję się. Ale było naprawdę supersmaczne, mimo że jakąś fanką wieprzowiny nie jestem. Generalnie oni tutaj non stop jedzą wieprzowinę, postu sobie w tym kraju nie wyobrażam. Potem poszliśmy na tak zwaną 'second round', czyli poszliśmy do baru, gdzie wszyscy pili soju. Jest to najtańszy tu alkohol, ale w sumie im więcej go próbuję, tym stwierdzam, że jest ohydny. Totalnie chemiczny i smakuje jak spirytus rozmieszany z wodą (choć nigdy spirytusu nie piłam). Dużo lepsze jest makoli, słodkawy alkohol z ryżu. Ale soju jest chyba bardziej opłacalne. Koreańczycy mieszają je z piwem i piją naprawdę strasznie dużo. W związku z tym parę osób wczoraj było dość zrobionych.
Ja na 'third round' się nie zdecydowałam, byłam jakoś zmęczona, a poza tym w moim labie jest student z wymiany, którego nie znoszę. Mówi British English i używa zaawansowanego słownictwa, ale wszystko co mówi jest totalnie głupie. Nie mogę go słuchać i nie bawię się dobrze w jego towarzystwie.
Podsumowując, laby wydają się być supersprawą, można się tu uczyć i poznać ludzi. Ale z drugiej strony są trochę dołujące, kilka dni temu naprawdę miałam dosyć siedzenia tutaj. No bo przecież nie przyjechałam do Korei po to, żeby siedzieć na uniwersytecie cały czas!
KAIST ma bardzo niewielki kampus, to w sumie dwa budynki połączone przejściem nadziemnym. W jednym budynku jest studencka stołówka, można zjeść obiad za 13 zł, ale jak to ze stołówkami bywa, nie można tam zbyt często jadać. Trzy akademiki są kilkaset metrów pod górę (tak, uwielbiam to). Jako że KAIST był, tak podejrzewam, kiedyś tylko męską szkołą, damskie piętra w akademikach zostały sztucznie oddzielone. W sensie na korytarzach zamontowano dodatkowe drzwi, które można otworzyć przykładając palec do czytnika linii papilarnych. I mogę wejść tylko na swoje piętro, na nieswoje nawet damskie piętro wejść nie mogę. I w łazienkach mamy pisuary pozaklejane kartkami :D
Studenci z wymiany byli w szoku, że jak to, na męskie pietra może wejść każdy (nie ma drzwi), a na damskie trzeba skanować palec. Mnie to jakoś nie zszokowało, tu i tak jest bardziej liberalnie, na Tajwanie były dwie oddzielne części akademika, gdzie trzeba było skanować legitymację. Tu, oprócz damskich korytarzy, można chodzić po akademiku gdzie się chce.
Na górze wrzuciłam zdjęcie z ostatniego piętra akademika, ale pogoda niestety nie jest już tak dobra. Dzisiaj od rana leje i jest chłodniej, chyba jednak z tą jesienią i zimą to prawda. Nie jest bardzo zimno, wciąż powyżej 20 stopni, ale noce są już dość zimne (11-12 stopni).
I jeszcze zdjęcie z moim mentorem (z prawej) i jego kolegą. Byliśmy jakiś czas temu razem na obiedzie, ale byli tak przejęci, że coś może być dla mnie za ostre, że skończyliśmy w jakiejś restauracji, gdzie jedzenie było bez smaku ;-)
Tak, cały czas stołuję się restauracjach (nie ma kuchni w akademiku, poza tym wszyscy Koreańczycy jedzą na mieście). I tak, jest tu drożej niż na Tajwanie.
Poza tym wiem, że wszystko porównuję do Tajwanu, może to nudne, ale jest to dla mnie jakiś punkt odniesienia. Bo Tajwan był 'life-changing experience', w Korei już nie ma tyle zaskoczeń. Ale wciąż jest super, chyba towarzysko się bardziej rozwijam niż na Tajwanie i wiem, że mam szczęście, że mogę tu być!
PS Koreańczycy wymawiają KAIST-y, bo w koreańskim zawsze musi być samogłoska po spółgłosce. Więc mówią też na przykład yes-y.
PS Koreańczycy wymawiają KAIST-y, bo w koreańskim zawsze musi być samogłoska po spółgłosce. Więc mówią też na przykład yes-y.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz