Do Japonii przyleciałam w czwartek po południu, z lotniska pod Osaką pojechałam jednak najpierw do Kioto. Na starcie kupiłam na przylotniskowym dworcu kartę miejską, która działa w całym regionie i dwa bilety na lotniskowy pociąg w dwie strony. Takie są zalety wcześniejszego riserczu w internecie (który z lenistwa zdarza mi się wyjątkowo rzadko). Podobno w zestawie wychodziło dużo taniej, ale i tak transport pochłonął chyba większość mojego budżetu. Szczególnie przejazdy metrem/kolejką/pociągiem, 6-8 zł za każdy.
W ogóle system transportu w Japonii to temat na oddzielną opowieść. Nie wiem, czy pamiętacie moją relację z transportu w Tokio, ale tu chyba było jeszcze gorzej. Jakieś linie, które nazywały się 'subway' (czyli metro), jakieś linie JR (czyli japońskie koleje) i jakieś linie, które nazywały się po prostu Linia TuJapońskaNazwa. Oczywiście nie można było swobodnie przejść z jednej linii na drugą, trzeba było przechodzić przez bramki. Niektóre stacje to jakieś megakombinaty różnych linii, gdzie ciężko ogarnąć przejście z peronu na peron. Oczywiście zbiorczej mapy wszystkich linii wszystkich rodzajów nie uświadczysz. Na szczęście tym razem dzięki karcie nie musiałam ogarniać tym razem bilet jaki na jakie linie muszę w danym momencie kupić (a może dwa różnych linii, jeśli zmieniam linię po drodze?). Karta działała na wszystkich liniach (ale nie działała za to w autobusach miejskich, no nie może być za łatwo!!!).
Dotarłam do hostelu, w którym to spałam w pokoju dziesięcioosobowym.
Na początku rzuciła mi się tylko para gejów, która leżała w jednym łóżku. Reszta była pozasłaniana firankami. W sumie to lubię hostele, tu zawsze jest jakiś smaczek. Jak nie łóżko śmierdzące kotem (patrz Tokio), to spanie za firanką. Tu akurat było bardzo spoko, bo dzięki temu światło nie świeciło w zęby.
Na początek poszłam coś zjeść (japońskie curry) i trochę połazić. Kioto było naprawdę super.
Pełne starych taksówek, w których kierowcy nosili mundury, kapelusze i kierowali w białych rękawiczkach.
Szłam w dół główną ulicą w dół, aż doszłam do świątyni. Pachniało starym drewnem, dookoła płynęła woda i było tak cicho. Świątynie japońskie są dużo fajniejsze niż te na Tajwanie. Dużo spokojniejsze, mniej kolorowe. Ładniejsze chyba.
Poszłam jeszcze w stronę jakiejś imprezowej ulicy.
Kioto dnia następnego.
Bardzo Ważna Świątynia numer 1.
I tak zwane zdjęcie dla Rodziców :-)
Uliczka w drodze do tryliona następnych świątyń.
I świątynny miks, w tym zdjęcia z jakiegoś mauzoleum (?) ku czci ofiar którejś wojny światowej. Przy wejściu dawali kadzidełko do postawienia.
I kolejna świątynia, ta mi się chyba podobała najbardziej. Chodziło się w skarpetach po śmiesznych wnętrzach pachnących starym drewnem, a z jednego z pokoi można było podziwiać ogród. W sumie nic takiego podniecającego, ale naprawdę fajne miejsce. W ogóle Japończycy mają/mieli bzika z tymi ogrodami. W każdej świątyni/pałacu był jakiś secret garden. Niestety nie wszystkie dane było mi zobaczyć, bo w pewnym momencie stwierdziłam, że 15 zł za wejście do siódmego tego dnia ogrodu to już przesada.
Dzień drugi zakończyłam sushi, może nie jakimś wybitnym, ale najważniejsze, że osiągalnym dla mnie cenowo.
A jutro relacja z miasta, w którym jelenie chodzą po ulicach!





































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz