wtorek, 11 listopada 2014

Kioto, dzień ostatni



Po wyjściu z cerkwi niestety zaczęło lać jak z cebra. Ja ani kurtki, ani parasola. Najpierw schowałam się w takim jakby barze z jedzeniem na wynos, zamówiłam jakiś zestaw z rybą, a potem go zjadłam pod jakimś daszkiem. Lało dalej niestety. W związku z tym przebiegłam do pobliskiego makdonalda, a tam chyba musiałam siedzieć dobre półtorej godziny, póki nie przestało padać. Niedaleko był pałac.









Dużo ludzi się kręciło, ale jakoś nic powalającego tam nie było. Później ruszyłam z buta w stronę stacji metra, żeby pojechać do jakiegoś bambusowego lasu, czy coś. Trochę mi to zajęło. Dojazd też.






W stronę tego lasu i jakiejś świątyni prowadziła turystyczna uliczka, dużo ludzi się kręciło, chyba dlatego, że to była niedziela.





To miało być zdjęcie z serii "piękna dziewczyna na tle jesiennego drzewa", ale coś znowu nie wyszło.


Z wejścia do kolejnej świątyni zrezygnowałam, jakoś szkoda mi było pieniędzy. Zaczęłam szukać lasu, nałaziłam się strasznie.




Później poszłam do jakiegoś niesamowitego ogrodu, który koniecznie polecali w przewodniku. No, dupy nie urwało, ale była gorzka zielona herbata i jakieś miniciastko w cenie (dużej). W sumie się zawiodłam, bo jak polecali koniecznie inną świątynię w Kioto, to tam rzeczywiście było wyjątkowo ładnie.











Połaziłam jeszcze trochę i pojechałam do hostelu po plecak. A potem do Osaki.

W sumie w Kioto nie widziałam tak naprawdę najważniejszego - Złotego Pawilonu, ale przez ten deszcz trochę mi się czas rozjechał. Poza tym nie dojeżdżało tam metro ani pociąg, trzeba było autobusem. I byłam już naprawdę zmęczona po trzech dniach chodzenia. Więc chyba następnym razem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz