Jeśli wchodzicie na mojego bloga, patrzycie na zdjęcia z Filipin i myślicie "takiej to dobrze", to wyprowadzę Was z błędu. Filipiny były miłą odskocznią, ale to były cztery dni dwa tygodnie temu. Dawno temu i nieprawda.
W Korei nie jest już tak kolorowo, od kilku dni w nocy jest -10 stopni, w dzień też koło zera albo mniej, wczoraj dodatkowo padał śnieg. I tu się zaczyna coś, z czym miałam problem na Tajwanie (ale tam temperatura nie spadła poniżej 10 stopni) i z czym mam problem tutaj: stosunek do zimna (albo z drugiej strony nie wiem do czego).
W akademiku okna są pootwierane wszędzie, a drzwi nieszczelne i przez nie wieje. Codziennie mam ten sam rytuał zamykania okien w łazience (mieszkam naprzeciwko), a wieczorem zamykania drzwi od łazienki. Niestety wieczorem zawsze jakaś dziewczyna je jednak otworzy (już abstrahując od zimna, jak próbuję zasnąć słyszę każde odkręcenie kranu i spuszczenie wody, nie mówiąc już o chodzącej pralce), a z rana przychodzi pani sprzątającą (ona dosłownie uderza szmatą o powierzchnię) i otwiera wszystkie możliwe okna. No nie czaję, o co chodzi w tym kraju. Czy oni nie zauważają, że jak na dworze jest -5, a w środku masz ogrzewanie i porozpieprzasz te wszystkie okna na oścież, to jednak jest trudniej utrzymać temperaturę w środku? A to, że kaloryfery grzeją w akademiku od 23 do 5 rano to już inna sprawa.
W budynkach uniwersytety jest podobnie. Tu nie ma tak, że jest szatnia, gdzie się zostawia kurtkę. W kurtce się chodzi cały czas, bo w budynku JEST ZIMNO. W kurtce idzie się po korytarzu (tam piździ najbardziej), w kurtce się idzie na zajęcia (tu akurat jest lepiej, sale wykładowe można dogrzać klimatyzacją), z kurtką generalnie nikt się nie rozstaje. W naszych pokojach do nauki jest całkiem ciepło, ale tylko dlatego, że używamy elektrycznych farelek samsunga. Nie wiem, o co chodzi temu bogatemu krajowi, nie wiem, czemu nie ma tu normalnego systemu ogrzewania, nie wiem, czemu oni nie zwracają uwagi na pootwierane wszędzie okna.
Moja współlokatorka, na swoje szczęście, pojechała znowu do Chin. Tym razem na kilka dni do Szanghaju, a później na jakąś chińską tropikalną wyspę, gdzie ojciec jej kolegi kupił luksusową willę jako inwestycję. Oprócz tego dwa tygodnie temu była z mamą na Bali, a wcześniej w Singapurze i Szanghaju właśnie. No i cały czas narzeka. Że nienawidzi Korei. Że tu jest tak nudno. Że akademik jest wstrętny. Że szkoła jest niedobra i ona o tym powie swojej paryskiej business school, żeby zerwali umowę z KAIST. Że to jest niewyobrażalne, żeby mieć 22 lata (ona tyle ma) i musieć dzielić prysznic na korytarzu z innymi ludźmi. I że jest trochę w depresji z powodu panujących tu warunków.
Generalnie lubię jej słuchać, jest całkiem sympatyczna, ale farmazony, które czasem opowiada, to mnie wybitnie bawią. Nie wiem, czy ma po prostu taką osobowość, czy to kwestia tego, że jest z bogatej Francji, nie wiem. Pytałam, czy była kiedyś na jakichś obozach, czy czymś takim. Mówiła, że nie, ale zwiedzała świat z ojcem (USA, RPA, Europa Zachodnia). Na moje pytanie, czy były tam 'good hotels, good food' (tak opisuje świat), powiedziała, że tak. Oszczędziłam jej opowieści z moich wyjazdów, gdzie spałam na ganku domu w jakiejś wiosce na Białorusi pod granicą z Rosją, czy innych tego typu przygód, bo by pomyślała, że jestem z trzeciego świata. Chociaż pewnie i tak myśli, co tam taka Polska dla Francuza. Jedyne, czym się podbudowałam to to, że była na wyjazdach językowych w Stanach i w Anglii (nawet dwa razy), gdzie mieszkała z lokalnymi rodzinami (oczywiście były beznadziejne), ale jej angielski nie jest lepszy niż mój. Wiem, że to słabe, ale ze swoim angielskim mam jakiś problem. A z ciekawostek, to jej mamie nie spodobał się Seul, bo powiedziała, że jest brzydki i nie taki, jak Paryż...
Wypadałoby też coś napisać tutaj o Koreańczykach, ale mówiąc szczerze, mam wrażenie, że za cienka jestem w uszach na jakieś generalizacje, trochę za krótko tu jestem, za mało mam z nimi do czynienia no i próba jest trochę niezrównoważona (w większości studenci KAIST). Ale z tego, co widzę, to społeczeństwo jest przedziwne. To, co się rzuca w oczy, to ich miłość do USA. I zachodzę w głowę, z czego to się bierze, bo przecież Korea to kraj wysoko rozwinięty, mają przemysł, mają technologie, mają know-how. Zrozumiałabym to trzydzieści lat temu, ale teraz?
W każdym razie Koreańczycy kochają Stany, wszyscy zajadle uczą się angielskiego i wydają na to kupę kasy, a ich marzeniem jest mieć amerykański akcent. W związku z tym każdy, dosłownie każdy, albo był w Stanach w liceum, albo tam robił licencjat, albo tam jedzie na wymianę, albo na semestr badawczy (np. mój buddy). Oczywiście Stany mają też zjeżdżone wzdłuż i wszerz, i czasem ktoś mi opowiada na jakim Coaście był, jakie miejscowości i ile dni i gdzie. Ja tylko przytakuję i nie ujawniam, że w Stanach to wiem mniej więcej, gdzie Nowy Jork jest. I to by było na tyle. Nawet jeden z wykładowców śmiał się ze swojego wnuka, który w wieku dwóch lat jeszcze dobrze po koreańsku nie mówi, ale za ciężkie pieniądze jest posyłany do anglojęzycznego przedszkola, bo "angielski jest taki ważny".
Generalnie, jeśli chodzi o edukację, w tym kraju jest coś nie tak. Tutaj dzieci uczą się od rana do wieczora, dosłownie. Rano idą do szkoły, a po szkole do prywatnej szkoły, gdzie uczą się jeszcze więcej (oczywiście angielski na pierwszym miejscu), a oprócz tego każdy na czymś gra i jeszcze zajęcia sportowe. Potem kończą uniwersytet, a następnie korporacja, gdzie też pracują od rana do wieczora. W sumie dziwię się, że te dzieci mają jakąś motywację, bo gdybym wiedziała w szkole, że potem czeka mnie tylko praca od świtu do nocy, to chyba bym nie dała rady. Rosjanka, z którą byłam na Filipinach mówiła, że jej siostra pracuje w hotelu w Petersburgu i zastanawiała się, czemu Koreańczycy przyjeżdżają tylko na 3 dni do Rosji. Później dowiedziała się, że Koreańczycy mają tylko kilka dni urlopu w roku i to dlatego. I w sumie, jak się rozmawia ze studentami z wymiany, to niektórzy mówią, że nawet by tu zostali popracować trochę, ale na pewno nie na koreańskim kontrakcie.
I coś, co chyba najbardziej dobitnie mówi o tym społeczeństwie: Korea jest na pierwszym miejscu na świecie pod względem liczby samobójstw.
Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej, polecam bloga Polki, która w Korei mieszka od kilkunastu lat.
I jej ciekawy wywiad na temat koreańskich korporacji: część pierwsza, część druga.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz