środa, 8 października 2014

Gapyeong


Przystępowaliście kiedyś do Komunii w kapciach? Bo ja tak!

W ostatni piątek razem z parafialną wycieczką pojechałam do monasteru w Gapyeong, jakieś półtorej godziny za Seulem. Trzeci października to jakieś koreańskie święto, dzień wolny w każdym razie, więc z tego co się zorientowałam wyjazd do monasteru to już tradycja.


Monaster pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego położony jest w górach, w bardzo fajnej okolicy. Od parkingu trzeba było kawałek podejść. Budynek bardzo duży, ale ku mojemu zdziwieniu, jest tam tylko jedna zakonnica! Mieszka tam z emerytowanym metropolitą Korei (Grekiem). Podobno była tam jeszcze jedna siostra niedawno (Angielka), ale wróciła do swojego kraju z racji wieku i problemów ze zdrowiem.

Ciekawi mnie historia, czy było tam kiedyś więcej sióstr? Kiedy i w jakich okolicznościach został zbudowany ten monaster? Na moje oko wygląda na co najmniej kilkanaście lat, podejrzewam, że zbudowano go w czasach greckiej prosperity.

Przed wejściem do monasteru, zgodnie z koreańskim zwyczajem, trzeba było zdjąć buty. Ale bez obaw, w seulskiej katedrze butów zdejmować nie trzeba, to dotyczy tylko domów. No i części restauracji. 

Do kaplicy trzeba było wejść po schodach na drugie piętro.


W monasterze wzięliśmy udział w liturgii ku czci jakichś świętych. Jakich? Do końca nie wiem. Ktoś mówił, że jakichś greckich, ale z którego wieku? Trudno było mi się zorientować.






Liturgia była oczywiście po koreańsku, kazanie też. Nie miałam ze sobą mojego tekstu, a jako że wstałam po 5 rano odpływałam nieco myślami. Ale po liturgii zagadałam do ks. Daniela, który jest proboszczem parafii w Inczhon (miasto obok Seulu) i którego pamiętałam z wystąpienia na zgromadzeniu ŚRK w Busan. Kontakt do niego dostałam od ks. Włodka, bo ks. Daniel był przedstawicielem Azji w czasach kwitnącego Syndesmosu. Wymieniliśmy wcześniej kilka wiadomości na facebooku na temat godzin nabożeństw i fajnie było go poznać w rzeczywistości. Bardzo ciepły i sympatyczny człowiek. Zapraszał do siebie do parafii.


Po liturgii poszliśmy do namiotu na obiad. Starym prawosławnym zwyczajem były dwa stoły, jeden dla księży, reszta dla plebsu. Księża mieli łososia i wino, my jakąś smażoną rybę. Jedzenie spoko, tylko po prostu nie przepadam za tymi oddzielnymi stołami, nie wiem, może to trauma ze szkolnych stołówek, gdzie nauczyciele jedli na obrusie z ładnej zastawy, a dzieci na klejącej ceracie z duralexu. Szkoda, że nie możemy wszyscy siedzieć razem.




Na wyjeździe były dużo Ruskich, ale poznałam też Słowaka, który jest lingwistą. Oczywiście zna 17 języków i zagadywał coś do mnie po polsku. Nienawidzę takich ludzi szczerze (nie za zagadywanie po polsku, a z zazdrości).





Naprawdę fajna okolica, szkoda, że byliśmy tak krótko. Bo zaraz po obiedzie ruszyliśmy z powrotem.

A jutro jest kolejne koreańskie święto, tym razem święto alfabetu. I jadę do Jeongju, miasta trzy godziny na południe od Seulu na zlot prawosławnych parafii, gdzie mają być jakieś zawody sportowe. A ja z dziewczyną z Rumunii, z którą chodziłam w góry, zostaniemy w mieście dzień dłużej. Mamy spać w koreańskiej saunie i ma to być iście koreańskie przeżycie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz