czwartek, 9 lutego 2012
Na najbardziej południowym południu
Po trzech dniach w Kaohsiungu ruszyliśmy jeszcze dalej na południe. Już chyba wspominałam, że na Tajwanie, im dalej w dół, tym cieplej. Więc w Kaohsiungu było trochę ponad 20 stopni, 3 godziny dalej już 25 stopni. I można było pływać w oceanie!
W Kenting (czyli głównej nadmorskiej turystycznej miejscowości) i okolicach w sumie oprócz wody nie ma nic ciekawego. Zatrzymaliśmy się w Hengchun, w miasteczku oddalonym kilka (kilkanaście kilometrów?) od plaży. W sumie na początku się wahaliśmy, czy dobrze zrobiliśmy, ale później wyszło na nasze. Kenting okazało się być zwykłym turystycznym miasteczkiem zapchanym do granic możliwości (chiński nowy rok to tutaj high season) i z turystycznymi cenami. A w Hengchun można było przynajmniej coś tanio zjeść.
Pierwszego wieczoru udało nam się spróbować miejscowej kaczki. Właścicielka hostelu poleciła nam to znane lokalnie miejsce prowadzone od kilku pokoleń. Przy ulicy stała lada, przy której pan jakimś tasakiem siekał upieczone już kaczki. Można było sobie do tego dobrać jakieś tofu i inne glutowate przystawki. Oczywiście pan po angielsku ani słowa. Na szczęście przed barem kłębiło się dużo ludzi i trafiliśmy na jakąś panią mówiącą trochę po angielsku. Pomogła nam zamówić. Rodzice nie do końca wierzyli chyba w jej możliwości, bo cały czas zza pleców starali się skorygować zamówienie krzycząc do pana siekającego kaczki: 'Niech tę ćwiartkę da. Albo połówkę niech całą da. Powiedz mu!'. Niestety pan po polsku też nie rozumiał, a moje zdolności językowe (czy to po angielsku czy to po chińsku) nie pozwalały na wytłumaczenie panu albo pani, że rodzice chcą ćwiartkę kaczki. Koniec końców domówiliśmy jeszcze coś palcami i poszliśmy do stolika. A tam się okazało, że ta miła pani z kolejki już dla nas zamówiła, co trzeba było, więc to, co rodzice zamówili jeszcze pokazując palcami, to już w ogóle było strasznie dużo. A co najlepsze - pani zapłaciła za nas i wyszła (bo sama brała na wynos). Nie chciała w ogóle wziąć od nas pieniędzy i powiedziała tylko 'Witamy na Tajwanie'. Najs.
[Hengchun]
Najpopularniejszy środek transportu po okolicy to, jak i na całym Tajwanie, skuter. Teoretycznie bez tajwańskiego lub międzynarodowego prawa jazdy nie można na nim jeździć. Ale w turystycznych miejscowościach przymykają na to oko. Postanowiliśmy więc drugiego dnia wypożyczyć dwa skutery (choć to chyba bardziej ja postanowiłam, bo rodzice raczej byli zeschizowani). Ale jeśli chcieliśmy zobaczyć okolicę, to trochę nie było wyboru.
[Przed wyjazdem. Tak zwana dobra mina do złej gry.]
Na początku trochę ciężko się było wyrwać z miasta, ruch był duży. Musieliśmy też zatankować. Stacja była po drugiej stronie ruchliwej szosy. Przejeżdżaliśmy ją totalnie na dziko nie znając w ogóle tajwańskiej skuterowej sytuacji. Kilkaset metrów dalej okazało się, ze na ulicy są specjalne miejsca do bezkolizyjnego zawracania dla skuterów. Cóż, grunt, że do przodu.
Początkowe nerwy (choć mam wrażenie, że całościowe w sumie) wynagrodził nam widok - po wyrwaniu się z miasta jechaliśmy drogą wzdłuż oceanu. I tutaj też zatrzymaliśmy się na bardzo fajnej plaży.
[Szaleni skuterzyści.]
[I kokos na zszargane podróżą nerwy ;-)))]
Oczywiście na słońce rzucaliśmy się łapczywie, u co bardziej wygłodniałych skończyło się schodzącą skórą. No ale cóż zrobić, jak w Polsce taka pogoda...
Pod wieczór pogoda się już trochę pogorszyła, więc w drodze powrotnej wiatr urywał nam głowy. Ale jeszcze zajechaliśmy do dużej hali, gdzie sprzedawali ryby i owoce morza.
[Surowa ryba - sashimi. Mmmm.]
I jeszcze parę zdjęć z Kenting i okolic.
W Kenting i okolicach spędziliśmy chiński nowy rok. Tajwańczycy spotykają się wtedy na rodzinnych kolacjach, podczas których dzieci dostają czerwone koperty z pieniędzmi. Dla Tajwańczyków to najważniejsze święto w roku. Wiele sklepów i instytucji usługowych jest pozamykanych, a wszyscy pracownicy dostają wtedy tygodniowy urlop.
Byliśmy ciekawi, jak obchody będą wyglądać na ulicach. Ja miałam przed oczami jakieś parady ze świecącymi smokami, które chyba kiedyś mignęły mi w telewizji. Niestety nie działo się nic. Dosłownie NIC. Może kilka odgłosów fajerwerków. Żadnych ludzi na ulicach o północy. Naprawdę nic. A ludzie mi mówili: "Musisz zobaczyć chiński nowy rok". Hmmm.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz