Podróż miała nam zająć ok. 5 godzin. Ale po godzinie jazdy pociąg utknął na stacji i zaczęło się zamieszanie. Po jakimś czasie okazało się, że przed nami był wypadek i tory są zablokowane. I że odblokują je za kilka godzin. Wyszliśmy więc za tłumem z pociągu, podjeżdżały jakieś autokary, ale nie do końca było wiadomo co, gdzie i jak.
Dziewczyna z informacji turystycznej doradziła nam, żeby przesiąść się na autobus. Przeszliśmy na dworzec (rodzice z walizkami), a tam okazało się, że najbliższe wolne bilety do sprzedania są na za 2 godziny. Więc wróciliśmy na dworzec kolejowy i tam wepchnęliśmy się do autokaru i przejechaliśmy do miejscowości obok. Tam już miał być pociąg do Kaohsiungu. Oczywiście na miejscu okazało się, że pociągu nie ma. Musimy jeszcze jakimś lokalnym dojechać do innej stacji (przez którą nota bene już przejeżdżaliśmy pierwszym pociągiem). Więc posiedzieliśmy trochę na dworcu i wróciliśmy na wspomnianą stację. Tam chyba jeszcze z godzinę czekaliśmy i wreszcie wsiedliśmy do pociągu do Kaohsiungu. Dobrze, że kupiliśmy piwo na drogę.
W związku z tysiącem przesiadek i opóźnień na miejsce dotarliśmy dopiero wieczorem. Ale miasto robiło wrażenie! Zupełnie inne niż Tajpej - bardziej nowoczesne i po prostu ładniejsze.
Metro zwracało uwagę - niedawno wybudowane, zaprojektowane z rozmachem. Szczególnie wyjścia. Same stacje raczej zwyczajne, oprócz jednej - przesiadkowej.
Lotus Pond
Następnego dnia przywitała nas super pogoda - jakieś dwadzieścia kilka stopni. Kaohsiung oddalony jest od Tajpej o 350 km, ale klimat w tym mieście jest zupełnie inny - dużo cieplejszy i mniej wilgotny.
Wybraliśmy się w okolice jeziora Lotus - stoi tam kilkadziesiąt różnych świątyń. Jako że miejsce rozległe dosyć, postanowiliśmy wypożyczyć rowery. W całym mieście są stojaki, gdzie można je wypożyczyć, a później oddać w dowolnym punkcie. Płaci się za nie kartą miejską albo płatniczą. Jako że nie mieliśmy miejskiej, zapłaciliśmy moją płatniczą. Na początku było wszystko spoko.
Dopiero, jak chcieliśmy oddać okazało się, że system jest jakiś skomplikowany i nie mogłam ogarnąć, jak zapłacić. Wyskakiwały jakieś sprzeczne komunikaty. Ja już oczami wyobraźni widziałam, jak z mojego konta odlicza mi kilkaset złotych za skradzione rowery. Więc dawaj dzwonić na infolinię. Najpierw pani z podstawami angielskiego, później oczekiwanie i słuchanie muzyczek, później inna pani z lepszym angielskim. Rzekomo wszystko jest ok i pobrało jakoś opłatę. Ale w sumie mniej niż pani na infolinii mówiła. Ciągle sprawdzam konto z niepokojem, czy nie kupiłam trzech rowerów na południu Tajwanu...
A jeśli chodzi o świątynie.
Pagoda Smoka i Tygrysa - żeby mieć szczęście trzeba wejść smokiem, a wyjść tygrysem.
Kaohsiung to największy port na Tajwanie.
I kolejne świątynie różnej maści.
I słit focia siami Siehieniau.




















O żesz Wy, jaszcze bolsz zazdraszczam!
OdpowiedzUsuńU nas też jest 20 stopni, tylko chyba stopnie inne.... takie ze znakiem "-"
OdpowiedzUsuń