Ale zanim do opadów w Chinach przejdziemy.
Z Bangkoku leciałam do Szanghaju przez Kuala Lumpur. Liniami Malaysia Airlines. No cóż. Nie żebym nie była zestrachana nieco, ale względy finansowe wygrały. No i pierepałki z kupnem biletu w China Eastern, gdzie do transakcji koniec końców nie doszło, pieniądze zostały zablokowane, a dzwonić na infolinie w Korei i Chinach pomagała mi dziewczyna z labu. Polecam.
Do Szanghaju miałam wlecieć bez wizy, transferować można tam 72 h pod warunkiem, że wlatuje się i wylatuje do innych krajów. U mnie to miało zadziałać, przylatywałam z Bangkoku (choć de facto z Kuala Lumpur), a wylatywałam do Frankfurtu.
Na lotnisku w Bangkoku pani na check-inie pyta, gdzie moja wiza, więc tłumaczę historię. Pani sceptycznie, sprawdza. Mówi, że transferować można tylko 24 h. Nie powiem, zrobiło mi się trochę gorąco, ale, myślę, sprawdzałam to 300 razy, to niemożliwe. Ale z Chińczykami nigdy nic nie wiadomo, może coś zmienili w ostatniej chwili? Mówię pani, żeby sprawdziła dokładnie, bo na pewno jest tak, jak mówię. A pani, że skąd to wzięłam. Ja jej tłumaczę, że sprawdzałam na stronie ambasady, także tego. Pani najpierw zawołała koleżankę, później zaczęła do kogoś dzwonić. Później kazała mi się logować do systemu Lufthansy na komputerze, bo wydrukowany bilet to było dla niej za mało. Później znowu jakiś telefon, ale tym razem sukces. 24 h transferu to dla Tajlandii i innych krajów, kraje UE mogą transferować 72 h. Uff, wyszło na moje. Ale pani dalej sprawdzać: czy mam zarezerwowany hotel. Mam. Czy mam środki w gotówce. Ja: jakie, kurde, środki? Pokazuję pani resztkę tajskich batów, co to je rano wyjęłam z bankomatu pod pałacem i mówię, że resztę wyjmę z bankomatu w Szanghaju. Pani, że gdzie moje dolary i euro. Ja: jakie dolary??? Mówię, że z bankomatu wyjmę. A pani, żebym karty pokazała płatnicze. Pokazałam, z koleżanką obejrzały. Powiedziały, że spoko i puściły mnie dalej. Nie wiem do tej pory, o co chodziło z dolarami, nigdzie o tym nie pisali, że trzeba mieć jakieś dolary.
Pierwszy lot do Kuala Lumpur dość szybko. Tam trzy godziny na lotnisku. I o pierwszej w nocy lot do Szanghaju. Tu już było gorzej. Mimo wielu wolnych miejsc w samolocie spać mi się nie udało. Trzęsło tym samolotem w cholerę, a mi się wydawało, że to właśnie jest ten moment, kiedy spadamy do morza. Na szczęście do Szanghaju dolecieliśmy cało i zdrowo, ale po nieprzespanej nocy o szóstej rano byłam ledwo żywa. Ale 400 zł w porównaniu z China Eastern zaoszczędziłam :D
Na lotnisku najpierw sprawdzanie moich dokumentów, rezerwacji hostelu i biletów wylotowych. Później pan zabrał gdzieś mój paszport i powiedział, że musi go sprawdzić. Czas umilała mi rosyjska rodzina w okienku obok (krępa pani w furze do ziemi, pan, syn, który wyglądał, jak kopia ojca i na dodatek obaj mieli identyczne klapki do skarpet). Na pytania po angielsku tłumaczyli rękami, że oni 'dalsze na wastok' i że im gdzieś wcześniej odwołali lot. Po kilku minutach pan przyniósł mój paszport i dostałam magiczną pieczątkę. Później próba wymiany batów na juany (40 zł opłaty manipulacyjnej w każdym kantorze, ale nie dam się zrobić w bambo, kurde) i wejście do metra.
W metrze pierwszy szok. Ludzie wyglądali jak szczury. Tępy wzrok, walka o życie. Jak drzwi się otwierały na stacji, to nikt nie czekał, aż ludzie z metra wyjdą, tylko wszyscy wbijali się do środka na chama. Po kilkudziesięciu minutach trzeba było przejść na stacji do drugiego pociągu, na początku nie załapałam o co chodzi. Stację wcześniej wszyscy zaczęli napierać na drzwi. Jak zatrzymaliśmy się na przesiadkowej stacji, to wszyscy ruszyli biegiem do drugiego pociągu. Jak się okazało, żeby zająć miejsce siedzące. Mnie z dwoma plecakami się niestety nie udało. Dojechałam jakoś do stacji docelowej, wyszłam w stronę hostelu. Niestety od metra był to kawałek. Myślałam, że mi urwie plecy.
Do hostelu dotarłam o 9 rano, pani w recepcji była bardzo zdziwiona, że tak wcześnie. Powiedziała, że ktoś z mojego pokoju już wyjechał, ale pościel nie jest zmieniona, więc nie mogę tam wejść. Więc mogę się co najwyżej przespać w tzw. common roomie. Lekka masakra. Przespałam się kilka godzin pod kurtką na kanapie jak jakiś bum. Hostel też nie wyglądał jak hostel, bardziej jak połączenie hotelu pracowniczego i motelu. Później, jak już się dostałam do mojego pokoju, okazało się, że część Chinek to chyba mieszka tam na stałe. Suszące się ubrania, koce, tysiące rzeczy. Internet też w hostelu był. Ze stron internetowych polskich to działało cerkiew.pl. Żadne tam fejsbunie czy gmaile, już nie mówiąc o gazeta.pl.
Po paru godzinach snu poszłam na spóźnione śniadanie/obiad. W uliczce poleconej przez dziewczynę z hostelu było średnio. Zjadłam jakąś zupę z wołowiną i pierożki. Chociaż jakby może wiedzieć, co sprzedawali w innych miejscach i znać się na chińskiej kuchni... Mimo wszystko mam wrażenie, że w Korei łatwiej było trafić na po prostu smaczne jedzenie.
W metrze pierwszy szok. Ludzie wyglądali jak szczury. Tępy wzrok, walka o życie. Jak drzwi się otwierały na stacji, to nikt nie czekał, aż ludzie z metra wyjdą, tylko wszyscy wbijali się do środka na chama. Po kilkudziesięciu minutach trzeba było przejść na stacji do drugiego pociągu, na początku nie załapałam o co chodzi. Stację wcześniej wszyscy zaczęli napierać na drzwi. Jak zatrzymaliśmy się na przesiadkowej stacji, to wszyscy ruszyli biegiem do drugiego pociągu. Jak się okazało, żeby zająć miejsce siedzące. Mnie z dwoma plecakami się niestety nie udało. Dojechałam jakoś do stacji docelowej, wyszłam w stronę hostelu. Niestety od metra był to kawałek. Myślałam, że mi urwie plecy.
Do hostelu dotarłam o 9 rano, pani w recepcji była bardzo zdziwiona, że tak wcześnie. Powiedziała, że ktoś z mojego pokoju już wyjechał, ale pościel nie jest zmieniona, więc nie mogę tam wejść. Więc mogę się co najwyżej przespać w tzw. common roomie. Lekka masakra. Przespałam się kilka godzin pod kurtką na kanapie jak jakiś bum. Hostel też nie wyglądał jak hostel, bardziej jak połączenie hotelu pracowniczego i motelu. Później, jak już się dostałam do mojego pokoju, okazało się, że część Chinek to chyba mieszka tam na stałe. Suszące się ubrania, koce, tysiące rzeczy. Internet też w hostelu był. Ze stron internetowych polskich to działało cerkiew.pl. Żadne tam fejsbunie czy gmaile, już nie mówiąc o gazeta.pl.
Po paru godzinach snu poszłam na spóźnione śniadanie/obiad. W uliczce poleconej przez dziewczynę z hostelu było średnio. Zjadłam jakąś zupę z wołowiną i pierożki. Chociaż jakby może wiedzieć, co sprzedawali w innych miejscach i znać się na chińskiej kuchni... Mimo wszystko mam wrażenie, że w Korei łatwiej było trafić na po prostu smaczne jedzenie.
Architektura Szanghaju przypominała mi Mińsk i Moskwę. Nie wiem, czy to dobry trop, ale chyba wszystkie kraje-demoludy mają coś wspólnego ze sobą. Wielkie betonowe budynki, bloki. I nawet na stacjach metra sprawdzają bagaże przed wejściem na peron, plecaki i torby trzeba kłaść na taśmę i prześwietlać. A takie rzeczy widziałam tylko do tej pory w Rosji i na Białorusi. Poza tym w tym mieście było coś sztucznego. Z jednej strony stacje metra, niby nowe i błyszczące, a z drugiej strony śmierdzące sikami i z biegającymi szczurami. Z przodu z niby nowoczesna fasada, ale po skręcie w bok jakieś niedoróbki, rozwalające się ściany i śpiący bezdomni.
W Szanghaju wyróżniał się Bund - nadrzeczna część z kolonialną architekturą. Po drugiej stronie widać nowoczesne centrum.
Lanserska fota, próba nr 1. Jak widać, niewypał. W tle widać statek wiozący węgiel wyrzucający czarne spaliny. Widziałam też rozpadające się statki ze śmieciami i gruzem. Śmiesznie to wyglądało, od strony Bundu turyści robiący sobie zdjęcia, za rzeką centrum finansowe, a na wodzie prawdziwe Chiny.
Zdjęcia z Szanghaju, próba druga dnia następnego. Równie udana.
Chyba będę musiała tam wrócić latem kiedyś.
W Szanghaju wyróżniał się Bund - nadrzeczna część z kolonialną architekturą. Po drugiej stronie widać nowoczesne centrum.
Lanserska fota, próba nr 1. Jak widać, niewypał. W tle widać statek wiozący węgiel wyrzucający czarne spaliny. Widziałam też rozpadające się statki ze śmieciami i gruzem. Śmiesznie to wyglądało, od strony Bundu turyści robiący sobie zdjęcia, za rzeką centrum finansowe, a na wodzie prawdziwe Chiny.
Zdjęcia z Szanghaju, próba druga dnia następnego. Równie udana.
Chyba będę musiała tam wrócić latem kiedyś.
Pierwszego dnia trochę połaziłam, ale lało cały czas, więc przyjemność była średnia. Drugiego, niestety, też lało, więc poszłam do miejskiego muzeum. Ot, przeszłam się, ale żeby było tam coś specjalnego? Może jakby się znać na skorupach i kaligrafii. Z powodu deszczu jakiś słynny ogród odpadał.
Po muzeum chciałam znaleźć coś do jedzenia. Po drugiej stronie ulicy była koreańska restauracja. Jakoś bez rozkmin tam poszłam, chińskie jedzenie, jak się nie wie, co jeść, jest naprawdę niezachęcające. A chińskie koreańskie, jak się można było spodziewać, też nie równało się do koreańskiego koreańskiego :D
Po południu robiłam już tylko ostatnie azjatyckie zakupy. Oryginalne, podrobione - każdy może znaleźć coś dla siebie. Za radą doświadczonej sinolożki targowałam zakupy na bazarze do 1/6 początkowej ceny!
Kolejka do applestora. Widziałam takie tylko w Hongkongu.
Komuś buty?
Ostateczne pakowanie zostawiłam na dzień trzeci rano. Ostatnia prosta z dwoma plecakami (w tym kawałek do metra chińską taksówką) i oto jestem na lotnisku. Ostatni chiński obiad (mocno średni) i lot Lufthansą do Frankfurtu. Z 85% Chińczyków na pokładzie. Chińska para obok oglądała przez całą drogę serial wojenny na tablecie na hardkorowej głośności, bez słuchawek rzecz jasna. Uwagi stewardessy ignorowali; no bo przecież oni nic nie rozumieją.
Chiny i Chińczycy. Przedziwne i przerażające.






















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz