Pałac królewski. Miejsce, gdzie zostałam zrobiona w bambuko.
Do Bangkoku z wysp wróciłam w niedzielę późnym wieczorem, w hostelu zdążyłam jedynie przytachać swój wielki plecak na piętro (tam miałam pokój, a plecak w czasie mojej podróży leżał w składziku za recepcją) i poszłam spać. Rano przepakowałam wszystko, rzeczy z powrotem zaniosłam do składziku (wylatywałam wieczorem) i poszłam odhaczyć ostatnią rzecz w Bangkoku - pałac królewski.
Dzień był pochmurny. Pani z hostelu doradziła mi podjechanie przystanek metrem i skorzystanie potem z wodnego autobusu, znaczy się łódki, która pływała po rzece i można było nią dopłynąć w okolice pałacu.
Na stacji (porcie?) panował chaos, pełno turystów. Podpływały jakieś łódki, niektóre prywatne. Nie wiadomo, do której wsiąść, nie wiadomo, co gdzie płynie. Pomógł mi jakiś miejscowy mówiący amerykańskim angielskim i dodatkowo ostrzegł, żeby bilety do pałacu kupować tylko w kasie i nie nabierać się na przewodników. Akurat o tym słyszałam już kilka razy.
Na dziedzińcu pałacu były tysiące ludzi. Nie wiadomo, gdzie wejście, gdzie wyjście. Chińczycy, kije do samojebek, kolejki. Mnie na szczęście jedna ominęła - do wypożyczania ubrań. Miałam zakryte ramiona i długie spodnie, więc odpadł mi jeden problem. Bo na teren pałacu można było wejść tylko w odpowiednim ubraniu
Jako że był to już mój ostatni dzień w Tajlandii, miałam zostawione trochę drobnych. Pi razy oko na bilet do pałacu, obiad i bilet na lotnisko. Niestety Tajlandia, to nie Korea, gdzie kartą można było płacić nawet w największej dziurze. A za jednorazowe wyjmowanie z bankomatu pobierali w Tajlandii 20 zł!!!
W każdym razie nic nie miało prawa się nie udać, znalazłam w końcu kasy. A tam - bilet do pałacu kosztuje 50 zł! Tyle to miałam przeznaczone na cały dzień (obiad można zjeść za złotych 10). Oczywiście kartą płacić za bilet nie było można, tylko bankomat obok. I kantor. Dewiz już nie miałam; myślę, kurde, no masakra. Szkoda tracić kolejnych 20 zł. Ale z drugiej strony w sumie, jak już tu przyjechałam ( i to zresztą drugi raz, pierwsze podejście było pierwszego dnia w Bangkoku, ale pałac był już zamknięty), to chyba nie ma co dziadować. Więc po raz kolejny wyjęłam z zaciśniętymi zębami pieniądze z bankomatu i kupiłam bilet. Kurde.
Ale wyjęłam od razu więcej, i myślę, wymienię na juany w Szanghaju.
Pałac królewski to w sumie kompleks świątyń i budynków. No, takich tajskich. Duża powierzchnia i tysiące turystów. I setki Chińczyków. I samojebki. Ale o tym chyba już mówiłam.
I inne zdjęcia.
Po całym wyjeździe powinnam chyba stworzyć album przypałowych zdjęć robionych mi przez innych turystów. Minusy podróżowania samemu.
Po przejściu wszystkiego padałam na twarz. Na koniec zjadłam jakiś podły turystyczny obiad (trzy razy droższy), bo nie miałam już siły i czasu szukać dalej. Później poszukiwania autobusu, który mógłby mnie dowieźć do metra. Jechanie jednym, który jednak nie jechał, tam gdzie trzeba. Później przesiadka na drugi. Ostatnie zakupy i powrót do hostelu, a potem moja ulubiona część - podróż z dwoma plecakami na lotnisko. Buziaczki, Tajlandio!



























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz