Wiele rzeczy z mojego wyjazdu na Tajwan już zapomniałam. I teraz sobie niektóre przypominam. Na przykład superstres przed wyjazdem. (Tak, mimo moich wielu wyjazdów, noc przed wyjazdem analizuję wszystkie możliwe nieszczęścia, które mogą przydarzyć się mi i mojej rodzinie.) Tym razem nie było lepiej.
Przypominam sobie też różne rzeczy typowe dla Azji (a przynajmniej dla Tajwanu i krajów, w których byłam). Na przykład superoblepiającyupał, który jest też w Tokio. Albo plastikowe dania w witrynach restauracji (to wbrew pozorom całkiem przydatne). Albo zapach tutejszych sklepów z pieczywem (już wiem, że będę tęsknić za chlebem). Albo jet lag po wylądowaniu o 3 w nocy polskiego czasu.
Do Tokio przyleciałam w czwartek rano. Z dwoma plecakami. Moje doświadczenia niesienia dwóch plecaków do akademika w Moskwie widać nie zrobiły na mnie wrażenia. Zafundowałam sobie dwa ciężkie plecaki w Azji. Do tego upał. Do tego plecak z przodu za ciężki, żeby go nieść na sobie i bolące kolana. Dojechałam jakoś do stacji docelowej. Wyszłam. Droga do hostelu miała zająć 9 minut. Upał, masakra. Idę, niby miałam mapkę, ale punkty na mapie oznaczone do niczego. Na zakręcie kościół. Taa, zwykły budynek jak każdy inny z małym wyblakłym krzyżem. Nikt nie mówi po angielsku, osiedle wygląda jak jakieś suburbia. Myślę, no nie dam rady. Zaszłam do jakiegoś biura nieruchomości chyba, tam jakiś facet. Pokazuję mapę, pytam o drogę. Koleś ani słowa po angielsku. Wygląda jakaś starsza pani, chyba matka. Macha mi ręką, w która stronę mam iść. Zostawiam duży plecak i mówię, ze po niego wrócę, jak znajdę hostel. Kolejne 15 minut w upale i trafiam do jakiegoś domku z nazwą hostelu napisaną na kartce A4. Pukam, wygląda mi przez okno jakieś dziecko, to chyba nie to. Ciśnienie mi rośnie, okazuje się, że to inny budynek, zastawiony samochodem i nie widać napisu. Też chyba na kartce. Dzwonię, pukam, nikt nie otwiera. Pukam jeszcze do domu obok, koleś nie mówi po angielsku. Wracam do pana od nieruchomości, proszę, żeby zadzwonił do hostelu. Dzwoni, okazuje się, ze są otwarci, otwierałam nie te drzwi, co trzeba. Pan mnie podwozi. Dzięki Bogu, nie doszłabym z tymi plecakami. Bo oczywiście 9 minut od stacji to jakiś kit. 20 minut jak nic.
Hostel to jedno z dziwniejszych miejsc, w których byłam. Prywatny dom zaadoptowany na miejsce do spania. Łóżka są niby dwupiętrowe, ale miejsce spalne jest też pod łóżkiem na ziemi, co daje łącznie 3 łóżka! W moim a'la pokoju są nawet dwa łóżka w szafie przesuwanej. Wbrew pozorom całkiem spoko, nie świeci światło. A prysznice, jakie samoróbki... Jutro zrobię zdjęcie, bo to nie do opowiedzenia :D
[dodaję zdjęcia]
[Na początku wybrałam posłanie na ziemi pod łóżkiem z prawej, ale strasznie śmierdziało kotem, więc przeniosłam się na łóżko wyżej. Pryszniców za bardzo nie dało się dobrze sfotografować. Generalnie zbity stelaż z listew, na nim materiał jak z worków, który, żeby się "zamknąć" przypinało się spinaczem od bielizny do listwy. Ten materiał widoczny w tle, to ścianka dzieląca łazienkę na pół. Bo to zwykła przydomowa łazienka, tyle że podzielona materiałem z worków na dwie części. I w drugiej części dorobiony prysznic.]
Tokio wcale nie jest tak straszliwie drogie. Woda 3 zł, jedzenie za to droższe, obiad 40 zł i wyżej. Ale mam kabanosy i jem jakieś tam onigiri. A dzisiaj nawet zdarzyło mi się zjeść sushi.
[Zdjęcia jedzenia, tak jest!]
Tokio nie zaskoczyło mnie jakoś bardzo. Azjatycki styl, to na pewno. Ale po paru miesiącach na Tajwanie zasady życia generalnie mi znane. Tylko ten tłum ludzi. Wszędzie.
Jedyne, czego totalnie nie ogarniałam to komunikacja miejska. Składająca się z pociągów (JR) i metra (na ile zrozumiałam). Z czego linie metra należą do różnych właścicieli, więc na przykład nie można kupić jednego biletu. Poza tym każdy środek lokomocji ma swoją mapkę. Więc ogarniasz życie nakładając mapki na siebie. I nie ogarniasz.
(metro)
(pociągi)
Z czego stacje na obu mapach to RÓŻNE stacje.
Największy tłok w pociągach/metrze był po 19. Wtedy chyba wszyscy wracali z pracy. Ale w sumie wszyscy to faceci. Czarne spodnie i białe koszule. Kobiet mało, a w biurowych strojach prawie wcale. Później w przewodniku doczytałam, że bardzo mało kobiet tu pracuje, a różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn jest jedną z największych, jeśli chodzi o kraje wysoko rozwinięte. A na wiele stanowisk kobiet nie przyjmuje się w ogóle.
I świątynia. Nawet fajna, cała drewniana. I nawet ja.



















Przepięknie a zwłaszcza bardaszka :D
OdpowiedzUsuń